California king bed ♂+♀=❤

I Miss You Justin ♥

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Wpisy obserwowanych

2. "Jego oczy są jak czekolada"

Ojciec wrócił o piątej nad ranem. Był tak zmęczony, że nawet nie miał siły wszczynać kolejnej kłótni o nic.
Nie spałam od kąt wrócił. Za to Oscara położyłam u siebie w pokoju -tak na wszelki wypadek.
O siódmej trzydzieści wyszłam z domu by po drodze zajść po Grace i Shanę.
Grace spotkałam pierwszą jak wychodziła z domu. Jak zwykle uśmiechnięta i dobrze wyglądająca.
- Cześć Sophie! - zawołała radośnie.
Odwzajemniłam jej uśmiech, ale mój nie był tak samo piękne jak jej. Można było powiedzieć, że mój był wymuszony, jak wszystko, co robiłam z dziewczynami. Jednak mimo to lubiłam z nimi spędzać czas.
- Idzie Shana! - krzyknęła Grace pokazując na czarnowłosą palcem.
Blondynka zawirowała obok Shany, ale dziewczyna ją zlekceważyła.
Shana była zaspana. Widać to było po jej nadętej minie mordercy.
- Och Grace daj mi spokój! - warknęła Shana przecierając zaspane oczy.
- Hej Shana, a powiedziałaś Sophie kto jedzie z nami nad jezioro? - spytała blondynka szturchając koleżankę.
- Nie teraz! - odpowiedziała.
Grace zaśmiała się głośno. Shana nadal przecierała oczy.
Weszłyśmy na parking przed szkołą. Wśród nas było dużo uczniów z trzecich klas ( jakby ktoś nie wiedział dziewczyny chodzą do liceum), których znałam z widzenia.
- Oo! Sophie! - krzyknęła Grace - tam stoi Chaz Somers! Znasz go na pewno, był kiedyś u mnie na...
- Urodzinach, w tamtym roku i się tak nawalił, że zwymiotował ci na nową sukienkę, którą dostałaś ode mnie - przerwałam jej, bo znałam tą historię na pamięć.
Spojrzałyśmy na Chaza. Był dość wysoki, miał ciemne włosy i ciemne oczy - przynajmniej z daleka tak wyglądały. Stało z nim jeszcze dwóch chłopaków.
- Tamten! - Grace wskazała palcem na krótko ostrzyżonego blondyna z szerokim uśmiechem - to Ryan Butler! Też z nami jedzie, a i Justin.
- Kto? - zapytałam.
- No ten, co wychodzi z samochodu! - dziewczyna skierowała palec na ciemnego blondyna o brązowych oczach. Był tak samo wysoki jak jego koledzy - to Justin Bieber.
- Chodźcie dziewczyny! - zawołała nas Shana.
Poszłyśmy na francuski. Przesiedzieliśmy całą lekcję układając po francuski jakiś wierszyk. Następnie mieliśmy algebrę przed którą wpadła na nas All Daniels - niska dziewczyna z burzą czarnych loków.
- Oh Grace jak się cieszę, że cię widzę! - zaczęła - już nie mogę się doczekać tego wyjazdu nad jezioro! Muszę zabrać najlepsze ciuchy, bo zamierzam flirtować na całego!
- Haha z kim? - spytałam.
Ally uśmiechnęła się do mnie.
- Z Justinem! - oznajmiła - kocham się w nim od roku!
Shana parsknęła śmiechem.
- A w czym ci się tak podoba? - spytała zaciekawiona Grace.
- No wiecie jego oczy są jak czekolada. Normalnie można się rozpuścić! - pisnęła Ally.
- Jasne - wtrąciła Shana - sorki Ally, ale musimy iść na algebrę.
Czarnowłosa popchnęła nas w stronę klasy.
- Jak czekolada - mruknęłam z irytacją w głosie - ha...zapowiada się ciekawie.

Kiedy wróciłam do domu ojciec oglądał telewizję. Mama robiła obiad, a Oscar bawił się w jadalni pod stołem. Zapewne znów dostał bęcki.
- Jak było w szkole? - spytał ojciec przygotowując pięści do ciosu.
Miałam dość. Musiałam się jakość odgryźć.
- A co ja mam pięć lat, żeby ci się spowiadać? - warknęłam.
- Co proszę?! - krzyknął - dorosła się znalazła! Pieprzona rodzina! Córka pyskuje, żona na czas obiadu nie zrobiła, a syn to beksa!
Wstał i podszedł do mnie.
- No proszę pan i władca się znalazł! Jak ci nie pasuje to wypierdalaj do swojej mamusi! - warknęłam mu w twarz.
Walnął mnie otwartą dłonią w twarz. Upadłam na podłogę. Matka jęknęła, a Oscar zawył:
- Suka!
Ojciec spojrzał na mojego brata, a potem wyciągnął go spod stołu.
- Kto cię tak nauczył mówić?! - ojciec potrząsnął nim z całej siły - mów!
Oscar zaczął płakać.
- S-s-op-hie - wyjąkał - Sophie tak mówi...na...na mamę.
Już po mnie. Zabije mnie - pomyślałam.
- Suka hę?! - zagrzmiał jego głos - ja ci dam sukę!
Zaczął mnie kopać z całej siły. Krzyczałam,ale on robił to nadal. Nie obchodziło go gdzie dostawałam, po prostu mnie tłukł. W głowę, w brzuch, w twarz. Wszędzie.
A potem słyszałam tylko prośby matki, płacz Oscara i odleciałam.
____________________________________________________


Pisane przy: Justin Timberlake - cry me a river
tumblr_mducouuu4F1rjkm5uo1_500_large.gif
Tagi: opowiadanie
02.02.2013 o godz. 18:03
- Masz wyjątkową urodę. Takich dziewczyn szukam - zaczął mężczyzna.
Mrugnęłam szybko oczami. Ja i wyjątkowa uroda? Hah! Dobre mi!
- Marzyłaś kiedyś o tym, żeby zostać modelką? - spytał.
-
Umm...no tak, jak każda nastolatka, ale raczej nie miałam zbyt duże kompleksy, żeby się zgłosić - uśmiechnęłam się serdecznie.
- Ty? kompleksy? - zakpił.
- Och, nie widział mnie pan dwa lata temu - zaśmiałam się. - byłam małym grubaskiem.
- Mów mi Dominic - uśmiechnął się. - Co wpłynęło na Ciebie, żeby zrzucić kilka kilogramów? - spytał drapiąc się po brodzie.
- Nowe otoczenie, i moja osobista motywacja do bycia lepszą.
- Hm...ciekawe - pokiwał głową. - Tak więc...chciałabyś z nami współpracować?
- Musiałabym się zastanowić. To dla mnie zbyt dużo, żeby odpowiadać teraz.
- Ile czasu potrzebujesz?
- Nie wiem? trzy dni?
- W takim bądź razie czekam na twój telefon.
- Dziękuję. - wstałam i uściskałam dłoń mężczyzny.
- Do zobaczenia - puścił mi oczko, po czym wyszłam z jego gabinetu.
- I jak, jak? - pisnęła Cassie.
- Spokojnie - zaśmiałam się i weszłyśmy do windy.

*Justin*

- Christian! - krzyknąłem szczęśliwy.
- Bieber! Kope lat! - zaśmiał się chłopak i mocno klepnął mnie w plecy.
Razem wsiedliśmy do jego samochodu i ruszyliśmy do niego do domu.
- Co Cię do mnie sprowadza? - spytał, patrząc na drogę.
- Chodzi o Nick'a - szepnąłem.
Christian od razu mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.
- Co z nim? - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Znalazł mnie.
- Co kurwa? Jak! - krzyknął.
- Nie wiem! Dlatego wyjechałem, i potrzebuję twojej pomocy. Musimy to załatwić raz a porządnie.
- Kurwa! Kurwa! Kurwa! - walił w kierownice.
- Ciebie pewnie też zacznie szukać.
- Leila ledwo się pozbierała. - syknął.
- Dlatego musimy go w końcu załatwić - powiedziałem stanowczo. - A właśnie, co z nią?
- Mieszka dalej z rodzicami, rodzice nie chcą, żeby się ze mną widywała. To nawet lepiej, nie ściągnę na nią więcej kłopotów. W naszym zawodzie nie można mieć rodziny, trzeba się od niej odizolować, bo oni tylko czyhają, żeby Cię zranić poprzez bliskich.
Pochłaniałem każde jego słowo. Ma rację, tak już jest w tym zawodzie. Dlatego uciekłem jak najszybciej, żeby nie mógł mnie powiązać z Jessicą, o ile JUŻ tego nie zrobił. Nie wybaczę sobie, jeśli kolejny raz coś jej się stanie przeze mnie.
W końcu dojechaliśmy do domu Beadlesa. Christian jak zwykle zaparkował byle jak auto i wysiadł. Po chwili znaleźliśmy się już w jego domu.
*Po 3 tygodniach*
- Znaleźliście go? - warknąłem drapiąc się po karku.
- Nie! Szukamy - odszczekał Austin.
- Ty! Bieber! Chodź, znalazłem Manuela - Krzyknął Elijah.
Szybko pobiegłem do chłopaka.
- Gdzie jest?
- Um...Floryda? - zaśmiał się.
- Christian! Zbieraj się, jedziemy na Florydę! - krzyknąłem do blondyna.
- Co? Po co? - spytał z pełną buzią jedzenia.
- Manuel tam jest. Zbieraj się i jedziemy - powiedziałem i pobiegłem do 'siebie' na górę. Spakowałem potrzebne rzeczy i broń, po czym zszedłem na dół. Zastanawiacie się, po co mi Manuel? A więc...potrzebni nam są ludzie, żeby zniszczyć Nicka. Nie ważne, że Manuel jest moim wrogiem, muszę zniszczyć Nicka i chronić Jessice. Wzięliśmy ze sobą jeszcze Bruca i czym prędzej wyjechalismy.
- Pomorze nam? - spytał Christian.
- Musi - warknalem.
***

- Gdzie to ma być? - zaczął Bruce.
- Mmm...gdzieś tutaj - szliśmy chodnikem, a po prawej stronie były pokoje hotelowe. Sprawdziłem ostatni raz na telefonie, numer pokoju, i w końcu go znaleźliśmy. Grzecznie zapukalem, a już po chwili w drzwiach pojawił się Manuel z pistoletem w dłoni.
- A ty tu czego? - warknal.
Popchalem go na bok i wszedłem z chłopakami do pomieszczenia. Nagle wszyscy się poderwali i skierowali w nasze głowy pistolety.
- Sorry dziewczyny, nie mam czasu na zabawy - zasmialem sie i w tym momencie usłyszałem, hak wszyscy odbezpieczyli bronie.
- Spokojnie chłopaki - usłyszałem za sobą Manuela. - O co chodzi? Chyba nie przyszedłes mnie błagać o śmierć - zasmial się, a wraz z nim jego ludzie.
- Widzę, że nadal trzymasz się żartów - zakpilem. Oblizalem spierzchniete wargi. - Potrzebuje twojej pomocy.
- Hah! Nie wierze, Justin Bieber przychodzi do mnie o pomoc - parsknął śmiechem.
- Nie wkurwiaj mnie! - syknąłem. - Chodzi o Nicka, z tego co mi wiadomo, to też zalaz Ci za skórę.
- Wyjdzmy na zewnątrz - rzekł i razem wyszliśmy, zostawiając w pokoju swoich ludzi.
- O co chodzi? - spytal, odpalajac papierosa. - Trzeba w końcu zrobic z nim porządek.
- No co ty nie powiesz - wypuszczając dym z ust. - Ale po cholerę Ci ja?
- Bo sam nie dam rady. - powiedziałem i wlozylem dłonie w kieszenie spodni.
- Wiesz co robi.
- Wiem, mi też się to nie podoba, ale...teraz znalazł sobie dobrych ludzi, nie da się go ruszyć - odpowiedział.
- To nie ściana - zasmialem się. - Wszystko sie da, tylko trzeba chcieć.
- Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. - powiedział zaciągając sie papierosem.
- Dzięki - usciskalem chłopaka i poklepalem go po plecach.
- Czego Ci potrzeba? - spytał.
- Zbierz tyle ludzi, ile możesz. Zaczniemy po cichu, a później uderzymy.
- Spoko - powiedzial i zdeptal niedopalek, po czym weszliśmy do pokoju. Wszyscy stali na baczności i przyglądali się sobie nawzajem, gotowi skoczyć sobie zaraz do gardeł.
- Chłopaki, będziemy współpracować z Justinem - ogłosił Manuel.
- Postarajcie się znaleźć Nicka - powiedziałem. - Przez jakiś czas tu bedę. Masz do mnie kontakt. Dzwon jak coś - dodalem na wychodne i wszedłem ze swoimi chłopakami.
- Co my tu będziemy robić? - spytał Christian wsiadajac do samochodu.
- Muszę się tu z kims spotkać - uśmiechnąłem się na samą myśl, że jutro spotkam się z Jessica. Na razie pisaliśmy ze sobą tylko listy, to było chyba najbezpieczniejsze.
- w interesach oczywiście - odchrzaknalem.
- Mhm- pokiwali głowami.
Zatrzymaliśmy się w jakimś tanim motelu. każdy ma osobny pokój. Wysłałem Mike'iemu wiadomość z adresem, po czym odłożyłem telefon na bok i wpatrywałem się w sufit, nie mogąc się już doczekać kiedy zobaczę Jessi. Nie myslcie sobie, że Mike tak od razu się na to zgodził. Długo go o to prosiłem, aż w końcu się zgodził. Dochodziła właśnie pierwsza, jeszcze piętnaście godzin.

*Jessi*

Boże! to już dzisiaj! za niedługo go zobaczę. Miesiąc sie już nie widzieliśmy. Jestem już dobrze spakowana i czekam, aż w końcu pojedziemy. Ten wyjazd na pewno długo pozostanie w naszej pamięci.
- Mike! możemy już jechać? - krzyknęłam.
- Nie - warknal.
- Bogam, braciszku kochany - złożyłam ręce jak do modlitwy.
- Zaraz, musze coś zjeść .
- Mike, nie mecz jej i jedzcie już - zasmial sie Chaz.
- Muszę zjeść - warknal.
Głośno westchnelam i opadlam bezwladnie na kanapie obok Chaza.
- Spokojnie mała- uśmiechnął sie Alfredo.
Po godzinie w końcu ruszyliśmy, zostawiając chłopaków samych w domu.
Cholera, ale się denerwuje, sama nie wiem czym. Pewnie się zastanawiacie jak moja 'kariera modelki'? Zgodziłam sie, zrobili mi już parę zdjęć. Jestem nawet na okładce gazety o modzie. Ale czy z tego będę żyć? Na pewno nie.


ROZDZIAŁ PISANY NA TELEFONIE. NIE WIEM KIEDY KOMPUTER BĘDZIE NAPRAWIONY ;( PROSZĘ ŁADNIE KOMENTOWAĆ!! WY CHCECIE ROZDZIAŁ, JA CHCE WASZEJ OPINII. MYŚLĘ, ŻE SIE DOGADAMY. PISZCIE SWOJE NAZWY NA TT JEŚLI CHCECIE BYĆ INFORMOWANE. DO NN:*
Tagi: rozdział 24
02.02.2013 o godz. 17:05

1. "To brzmiało jakby on cię dusił"

Pamiętam jak miałam osiem lat i uczyłam się pływać. Woda zawsze przyprawiała mnie o zawał, ale od tamtego lata boję się jej jeszcze bardziej. A stało się tak dlatego, że mój ojciec kazał mi wchodzić do rzeki tam gdzie nie ma gruntu i jak go nie słuchałam bezmyślnie mnie podtapiał.
Nigdy go nie lubiłam, a mama była naiwna, żeby zauważyć jak nas krzywdził.
Kiedy miałam dwanaście lat i nadal nie umiałam pływać, ojciec bił mnie już nie za to, a za na przykład nieumyte talerze, czy za słuchanie głośno muzyki. Potem urodził się mój brat- Oscar. Ojciec był wniebowzięty tym, że w końcu ma syna, a nie tą małą,chudą i brązowowłosą, wyrodną córkę.
Jednak gdy Oscar skończył cztery lata dostawał również i on. Już nie byłam z tym wszystkim sama. Matka nadal nie zwracała na to uwagi, bo się bała. Było to po niej widać. Przynajmniej ja to widziałam, ale nigdy nie miałam odwagi jej przyznać, że mam już tego dosyć. Tak więc żyliśmy w strachu i bólu, który fundował nam ojciec.

- Sophie! - usłyszałam głos ojca za sobą.
Podniosłam szybko głowę i spojrzałam na jego złą twarz.
- Miałaś się uczyć! - wrzasnął - nic dziwnego, że masz takie słabe oceny!
Oczywiście to była nieprawda, bo w szkole jechałam na samych czwórkach, ale każdy pretekst był dobry, żeby mnie uderzyć.
Ojciec złapał mnie za kark i odepchnął od biurka przy, którym siedziałam i czytałam "Zieloną milę". Potem walnął moją głową o ścianę.
- Postaraj się o lepsze oceny! - krzyknął odchodząc.
Złapałam się za głowę, kiedy wyszedł z mojego pokoju. Z nosa zaczęła mi lecieć ciurkiem krew. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Pośpiesznie znalazłam w torbie chusteczki i przyłożyłam jedną do nosa. Kręciło mi się w głowie.
- Kiedyś cię zabiję - szepnęłam sama do siebie siadając na dywanie.
Do pomieszczenia weszła matka z czystymi ubraniami, a za nią pięcioletni Oscar z zabawkowym samochodem w dłoni.
Rodzicielka spojrzała na mnie z lekkim przerażeniem.
- Co znowu zrobiłaś? - spytała po chwili jak gdyby nigdy nic.
Prychnęłam.
- Ja?! - warknęłam - no tak wyrodna córka ze mnie! Nie nauczyłam się, bo zasnęłam na książką, więc można mnie lać po łubie!
Oscar usiadł obok mnie. Pod okiem miał dwudniowe limo, które zarobił od ojca, bo oglądał za głośno telewizję.
- Przestań! - zagrzmiał jej głos - mogłaś się naprawdę uczyć!
- Jak mogłam się uczyć jak uprawialiście za ścianą te swoje miłosne rytuały!To brzmiało jakby on cię dusił mamo! Nie rozumiem tego...
- Och uspokój się już! Jak będziesz mieć chłopaka to zrozumiesz. Teraz włóż ubrania do szafy - odparła i pogłaskała mnie po włosach.
- Suka - mruknęłam kiedy wyszła zastawiając mnie z Oscarem.
No jasne! Córce krew lecie z nosa, a ta mnie po głowie głaszcze! - klęłam w myślach.
- Tata też mówi na mamę suka. To coś złego? - powiedział mój młodszy brat.
- Tak, tata jest głupi i tak brzydko nazywa mamę,a ja,bo ...ona nią jest. Ty nigdy jej tak nie nazywaj. Dobrze? - odpowiedziałam - i nikogo innego.
Wzięłam małego w objęcia i pocałowałam go w czubek głowy.

O dziewiętnastej zjedliśmy kolację przy jednym stole,a do tego w ciszy, co w ogóle nie było podobne do żadnej innej kolacji w ostatnich latach. Nawet na wigilii tak nie było. Teraz zostały tylko dwa tygodnie do wakacji. Cieszyłam się, bo zaplanowałyśmy z dziewczynami wyjazd nad jezioro. Mogłam chociaż trochę odpocząć rodzinnych kłótni.
Kiedy ojciec wyszedł do pracy na mocną zmianę, bo pracował jako lekarz w miejskim szpitalu na końcu miasta, postanowiłam wyjść z domu i po drodze zadzwoniłam po Shanę - moją koleżankę. Spotkałyśmy się na rynku przed teatrem. Stratford o tej porze świeciło pustkami.
Shana Foster - czarnowłosa, szczupła dziewczyna o zielonych oczach.
- Cześć! - uśmiechnęła się na powitanie - co z tobą? Źle się czujesz? - spytała, kiedy znów zakręciło mi się w głowie.
- Trochę za długo siedziałam przy komputerze - skłamałam.
O tym, że mnie i Oscara wiedziała tylko Grace - moja przyjaciółka o jasnych włosach, niebieskich oczach i opalenizną z taniego solarium. ?Mimo to nie była tanią dziwką jak nazywali ją inni w szkole.
Usiadłyśmy na schodach teatru.
- O! Miałam ci powiedzieć, że Grace zaprosiła ludzi na ten wyjazd nad jezioro - wykrzyknęła Shana.
- Już?! - zdziwiłam się - przecież jeszcze dwa tygodnie.
- No tak, ale wiesz jaka jest Grace - brunetka przewróciła oczami - więc jedzie z nami Ally Daniels ta z drugiej C. I takich trzech chłopaków. Znam ich trochę, ty na pewno też. Pokażę ci ich jutro w szkole!
Zamyśliłam się przez chwilę. Trzech chłopaków, którzy zawsze trzymali się razem...
- Mówisz o Chazie Somersie i jego bandzie? - spytałam.
- No tak - odpowiedziała uradowana Shana.
____________________________________________________



Pisane przy: Band of Horses - The funeral
tumblr_m96h35WEm11rtx14co1_500_large.gif
Tagi: opowiadanie
02.02.2013 o godz. 13:53

Hey!
Bohaterowie mieszkają w Stratford, chodzą tam do szkoły itd. Uprzedzam, że w tym opowiadaniu Justin nie jest sławny. Po prostu tam jest, ale spokojnie jest go dużo (xd). Czekam na pierwsze komentarze.
ps: Notki będą się pojawiały dość rzadko, ale będą długie( chyba).
Pozdrawiam turn-up-the-love
02.02.2013 o godz. 13:07
Zbliżał się wieczór, a dość spokojne spotkanie Michaela z kumplami przeradzało się w huczną imprezę, wszędzie było słychać głośną muzykę i trzaskanie drzwiami. Michael jako mój opiekun powinien wiedzieć, a przynajmniej pomyśleć, że po wyjściu ze szpitala potrzebuję ciszy i spokoju, a tym czasem zastaje totalny chaos. Jedyne czego chciałam to wyłączenia tej dudniącej muzyki, potrzebowałam snu, ale przy tej muzyce nie dało się zasnąć. Po długim czasie przekręcania się z boku na bok, postanowiłam pójść i oznajmić Michaelowi, że powinien zakończyć imprezę , bo od kilku godzin nie mieszka sam.
Schodząc po schodach, mijałam masę ludzi, nawet nie wiem skąd oni się tu wzięli, było ich tyle, że nie mam pojęcia jakim cudem nie weszli do mojego pokoju. Wchodząc do salonu, brawie, że rozpychałam się łokciami, aby przebrnąć do przodu.
- Hej, nie jesteś w kolejce, wypierdalaj- odwróciłam głowę i zauważyłam niską dziewczynę z czerwonymi włosami , na oko 17-latke.
- Przepraszam, ja nie stoję w kolejce, szukam Michaela, może wiesz, gdzie jest ?
- Stoi, na początku kolejki, pilnuje towaru- natychmiastowo ruszyłam w stronę pokazywaną przez dziewczynę, nie było to łatwe, ponieważ osoby które mijałam były dość nie empatyczne. W końcu dobrnęłam do końca kolejki, a kiedy zobaczyłam co się ta wyrabia, stanęłam jak wryta, z boku stołu stał Michael i jego koledzy, a na stole białe kreski narkotyków i skrzynia na pieniądze. Nie mogłam się ruszyć, nie bardzo wiedziałam co robić , głupio dowiedzieć się, że twój opiekun jest dilerem narkotyków i to w pierwszy dzień pobyty w jego domu.
- Hej, jeśli nie bierzesz, to spierdalaj z kolejki, tylko ją zatrzymujesz- odwróciłam się do tego typka który to mówił, z wyglądu stawiałam, że ma 16 lat, a to stanowczo za wcześnie na narkotyki, jak Michael mógł to robić tak młodym ludziom ? W końcu narkotyki ich zabiją ! Odwróciłam wzrok i zobaczyłam, że Michael na mnie patrzy, odruchowo zaczęłam wychodzić, zmierzałam prosto do wyjścia z tego cholernego domu.
- Eva !! Zaczekaj !!- nie reagowała na wołania Michaela, chciałam być jak najdalej od tej meliny. Już prawie miałam rękę na klamce, kiedy nagle drzwi się otworzyły i dostałam w głowę, straciłam równowagę i upadłam.
- Przepraszam, najmocniej, Może pomóc młodej damie- popatrzyłam do góry i zauważyłam mężczyznę w czarnym garniturze i okularach przeciw słonecznych, wyciągającego do mnie dłoń.
- Nie, dziękuję sama sobie pomogę- wstałam i otrzepałam spodnie.
- Bardzo zła odpowiedź, kiedy Campione chce pomóc nie odmawia się
- No cóż, panie Campione, kiedy musi być ten pierwszy raz- rzuciłam to i chciałam wyjść, lecz mężczyzna chwycił mnie mocno za ramię.
- Chyba się nie rozumiemy młoda damo, kiedy ja coś mówię masz słuchać, masz zachowywać się jak piesek, który aportuje. Nie wyglądasz na głupią dziewczynkę, więc chyba rozumiesz ?- mówił to przez zęby jakby ta sytuacja go zdenerwowała
- Nie, rozumiem za kogo się pan uważa...- chciałam wyrwać rękę, lecz to nic nie dawało.
- Eva, przeproś i nie wygłupiaj się- dopiero teraz zauważyłam, że muzyka przestała grać, a całej sytuacji wszyscy się przyglądali.
- Kiedy ja nie mam za co przepraszać….- wszyscy w około zachowywali się dziwnie, jakby chcieli zapaść się pod ziemię, bądź stać powietrzem.
- Przeproś !- Michael miał stanowczy ton, co wdało mnie w osłupienie.
- Niech ci będzie, przepraszam pana za to, że nic nie zrobiłam i za to, że nie wiem za co przepraszam… Wybaczy mi pan, bo najwyraźniej pana przebaczenie rozluźni panującą tu atmosferę- mężczyzna puścił moją rękę i uśmiechną się kpiarsko.
- A więc ty jesteś Eva, bardzo ładne imię dla tak ślicznej dziewczyny, przeprosiny przyjęte. I naprawdę nie wiem co się dzieje z tymi ludźmi, są naprawdę jacyś sztywni dziś, czyż nie ? Może zachciałabyś opowiedzieć co się dotychczas działo na imprezie.- mężczyzna nie czekając złapał mnie za rękę i pociągnął do głębi domu.
- Ależ Campione, ona nie zwróciła ci należytego szacunku, jak to jest, że nie kazałeś jej zabić, bądź zrobić krzywdy - do mężczyzny, podeszła dziewczyna, która stojąc przed mężczyzną zaczęła biła pokłony, nie bardzo rozumiałam zachowania wszystkich tu zebranych osób.
- Eva, jest kimś nowym w mojej przyszywanej rodzinie, a rodziny się nie zabija, jej się wybacza. Powinnaś to wiedzieć, każdy człowiek powinien to wiedzieć- słowa mężczyzny, wzruszyły mnie w tym stopniu, że moje oczy zalały się łzami.
- Czy powiedziałem coś nie tak ??
- Nie po prostu, myślę….moi rodzice zostawili mnie tu z Michaelem, nigdy nie przychodził ani nie przyjeżdżał do nas, nigdy wcześniej go nie znałam, a tu w szpitalu dowiedziałam się, że rodzice mieli mnie dość i wyjechali. Zostawili mnie, swoją jedyną córkę, pod opieką obcego mi faceta. To chyba nie jest normalne.- wyrzucałam słowa z siebie jak z karabinu, a obraz przed mną stawał się rozmazany od ilości łez w moich oczach.
- Michael jesteś naprawdę nieodpowiedzialny, ta oto młoda dama jest teraz pod twoją opieką, a ty tu sobie imprezy urządzasz. Nie widzisz ona pada ze zmęczenia , potrzebuje odpoczynku. – mężczyzna serio mówił od rzeczy, uśmiechnęłam się na myśl o wypoczynku- Tak więc ogłaszam koniec imprezy ! A z tobą Michael mam do pogadania- ludzie posłusznie, a zarazem pośpiesznie wychodzili, to było dziwne, ten mężczyzna naprawdę miał władzę.
- Skoro nie ma wszystkich, Evo możesz iść spokojnie spać nikt ci nie bd przeszkadzał, a ja z Michaelem dogadam parę kwestii- mężczyzna uwolnią moją rękę z uścisku i od razu przeszedł z Michaelem do innego pomieszczenia. Tak jak powiedział Campione, szłam spać z uśmiechem na ustach, lecz przypomniało mi się, że muszę zapytać Michaela, pod jakim adresem mieszkamy, żebym mogła wysłać list do Justina. Mimo, że Justin mnie zawiódł to nadal chciałam kontynuować te znajomość. Po cichu zeszłam na dół, zmierzałam do salonu, z daleka można było usłyszeć głośną rozmowę obu mężczyzn. Całą zesztywniałam, rozmowa była na mój temat.
- Nie spodziewałem się, że taki kit wciśniesz tej dziewczynie, „moi rodzice zostawili mnie tu z Michaelem”. Czegoś się od mnie nauczyłeś-moja oczy zaszły łzami, kiedy Campione śmiał się w najlepsze.
- Uwierzyła tylko, dlatego, że ma amnezje. Nie wykluczone, że sobie to wszystko przypomni, ale wtedy będzie 24/7 obserwowana. Zack pięknie ją urządził, wstrzyknął jej heroinę w śmiertelnej dawce, ta dziewczyna naprawdę nie chce umrzeć, ale to dobrze dla nas, jej rodzice są bogaci, a skoro tak jest pieniądze nam wypłacą jak najszybciej w końcu nie chcą stracić , jedyną ukochaną córeczkę Max jeszcze nam zapłaci za wszystko…. Tylko co z jej Justinkiem ??
- Mam do niego pewien plan, bd nam płacił miliony, a biedna Eva bd żałować do końca swojego nędznego życia, że siebie i swoich bliskich wpakowała w porachunki z mafia, a więc Justin stanie się………………………..cdn
<><><><><><><><><><><><><><><><>
Przepraszam, że nie dodawałam, lecz miałam problemy z komputerem :/
Teraz jest okey, więc bd dodawać systematycznie.
Co do rozdziału, to według mnie krótki i jeden z najgorszych :(
Dalej jest lepiej, bo akcja jest wymyślona, tylko wszystko dokładnie dopracować i publikować.
W razie jakichkolwiek pytań co do bloga <bądź innych> proszę pytać na asku :)
Tagi: Rozdział 24
30.01.2013 o godz. 18:39
- Wchodźcie, wchodźcie! – wołała ciotka z uśmiechem na twarzy. Niechętnie uśmiechnęłam się i weszłam do środka. Po dłuuugim przywitaniu poszliśmy do jadalni. Oczywiście było tam mnóstwo jedzenia, którego nie cierpię, ale trzeba robić dobrą minę do złej gry.
- Isabel, jesteś już prawie dorosłą dziewczyną. Dlaczego nie nosisz sari? – zagadnęła ciotka.
Nie no! Jeszcze chwila i wyjdę z siebie! Nie dość że muszę siedzieć tu, uśmiechać się przymuszenie i jeść okropne potrawy mówiąc że są pyszne, to jeszcze mam odpowiadać na jakieś durne pytania? Oh! Mam tego dość! Na szczęście z pomocą przyszła mi mama.
- Isabel jest w połowie amerykanką. Przecież nie ubierze się w sari do szkoły. Dzieci się teraz tak nie ubierają – powiedziała z uśmiechem.
- Mimo to na uroczystość rodzinną mogłaby się ubrać w sari – westchnęła ciotka.
Ja tylko wymusiłam uśmiech, choć miałam ochotę zabić ciotkę Kathleen. Tak! Niech podsuwa mojemu tacie pomysły. Jeszcze tego mi brak!
- Przepraszam na chwilkę – wstałam od stołu – gdzie jest toaleta ciociu?
- Korytarzem prosto i w lewo.
- Dziękuję – ruszyłam w stronę wskazanego miejsca. (...)

- Dlaczego ona zawsze się mnie o coś czepia?! – zwróciłam się do mojej mamy, kiedy zostałyśmy same w kuchni – Ostatnio nie pasowało jej że miałam zebrane włosy w koka, bo że niby dziewczyny powinny się czesać w warkocz, albo mieć rozpuszczone włosy. Specjalnie dziś zostawiłam rozpuszczone włosy! Jeszcze je wyprostowałam! A ona szepnęła się o sari! Oh! Nie cierpię jej!
- Isabel, nie mów tak. To twoja ciotka – upomniała mama spokojnym tonem.
- Ale dlaczego, nie uczepi się Agnes tylko mnie?
- Nie wiem. Jesteś starsza. Według hinduskiej tradycji dziewczyny w twoim wieku są bardziej... zdyscyplinowane
- Czyli że co? Ja nie jestem zdyscyplinowana?! – zbulwersowałam się.
- Isabel... to nie tak. W Indiach ludzie żyją inaczej. A tym bardziej ”stare pokolenie” wyznaje inne zasady. Bywa, że dziewczynki w twoim wieku żyją jak niewolnice. Modlą się bardzo często, zajmują domem i czasami są już nawet po ślubie.
- Ale my nie jesteśmy w Indiach! Jesteśmy w LA!
- Tak wiem. Ale znasz ciotkę Kathleen – westchnęła mama – A teraz kładź się spać, bo już późno.
Mama ma rację już po jedenastej, a jutro trzeba iść do szkoły. Pożegnałam się z moją rodzicielką i ruszyłam do łóżka.

Następnego dnia

Justin

- Justin! Wstawaj! Za pół godziny zaczynają się lekcje! – usłyszałem spanikowany krzyk ojca. Niechętnie podniosłem głowę i zamrugałem oczami przyzwyczajając się do jasności.
- Taa... za godzinę – mruknąłem i przewróciłem się na drugi bok.
- Teraz! – tata podszedł do mnie i zaczął mnie szarpać. Ja nic sobie z tego nie robiąc przykryłem się kołdrą i zamknąłem oczy.
Nagle szarpanie ustało i usłyszałem że ojciec wyszedł z mojego pokoju. Westchnąłem i próbowałem dalej spać. Wtem usłyszałem ponowne otwieranie drzwi i otwierając oczy zobaczyłem przed sobą mojego ojca z miską wody. Zdążyłem tylko wrzasnąć, a po chwili zawartość naczynia wylądowała na moim ciele. Woda była lodowata. Zerwałem się z łóżka jak poparzony.
- Za dziesięć minut widzę cię na dole – powiedział ojciec z chytrym uśmieszkiem i wyszedł.
Miałem ochotę go udusić! Szybko powędrowałem do łazienki i zdjąłem mokrą piżamę, po czym wytarłem się i ogarnąłem. Gotowy zszedłem na dół i nie odzywając się do mojego ojca wyszedłem z domu. Wsiadłem do swojego samochodu i ruszyłem z piskiem opon. Byłem wściekły! Miałem do tego prawo. Nie dość, że mnie zapisał do jakiejś durnej, przeciętnej szkoły to jeszcze oblał mnie wodą! A tak swoją drogą to ciekawe czy w tej szkole będą jakieś laski ;) Spojrzałem w lusterko i poprawiając włosy puściłem oczko do swojego odbicia. Laski oszaleją jak taki przystojniak podjedzie tak zajebistym autem. Będą mdlały! Justin, ty ogierze – uśmiechnąłem się pod nosem. Minęła chwila, a już byłem na miejscu. Wjechałem na parking szkolny i szukałem wolnego miejsca do zaparkowania. Jest! Już miałem skręcać, kiedy jakiś osioł zajechał mi drogę...

Isabel


- Dziś nie musimy się tak śpieszyć, bo chłopaki mają po nas podjechać – oznajmiała Jane.
- Super! – krzyknęłam zza drzwi łazienki. Jeszcze tylko błyszczyk i... już! Gotowe! Wyszłam z łazienki i okręciłam się przed lustrem. No nieźle.
- Bosko – skomentowała Jane – A teraz chodź! Bo już chłopaki czekają!
Bez słowa ruszyłam za nią. Po chwili wyszłyśmy przed dom, gdzie stał czarny samochód chłopaków. Za kierownicą dostrzegłam Harrego. Miałam plan! Podeszłam do okna od strony kierowcy, które natychmiast się otworzyło.
- Cześć Iss! Pięknie wyglądasz.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się.
- Harry... mogę poprowadzić? – zapytałam słodkim głosikiem kładąc dłoń na ramieniu chłopka.
- No wiesz... – zaczął się zastanawiać i nerwowo rozglądać wokoło.
Tak. Nie chcą mi dawać prowadzić, bo zawsze jeżdżę jak „wariatka” (oni tak to ujmują). Ale z Harrym sobie poradzę. On ma do mnie słabość.
- Proszę... – zrobiła słodkie oczka
Chłopak westchnął.
- Ok. Ale ostrożnie – wysiadł z samochodu i przeszedł do tyłu. Z tryumfem wsiadłam za kierownicę. Z tyłu usłyszałam niezadowolone szmery.
- Zapnijcie pasy. Będzie ostro. – zaśmiałam się i ruszyłam z piskiem opon.
Błyskawicznie znaleźliśmy się pod szkołą. Wjechałam na parking, który był zatłoczony przez inne auta. Jest! Zauważyłam jedno wolne miejsce, ale jakiś typ w czerwonym samochodzie się do niego przystawiał. O nie! Zapomnij! Nacisnęłam gaz do dechy i zajechałam temu palantowi drogę.

Justin


Natychmiast zgasiłem silnik samochodu i wściekły wysiadłem z niego. No to teraz ten koleś sobie nagrabił. Drzwi tamtego auta się otworzyły, a z nich wysiadła piękna dziewczyna? Chwila... znam tę dziewczynę! To ta z imprezy... Isabel?! Za dziewczyną wysiadło kilku chłopaków i dwie dziewczyny. Wszyscy odeszli na bok, a ona mierzyła mnie wściekłym wzrokiem.
- To ty! – wrzasnęła oskarżycielsko
- Nie. To ty! – palnąłem. Nie wiem czemu tak powiedziałem. Patrzyłem na nią. W słońcu była jeszcze ładniejsza. Naprawdę była niezwykła.
- Co ja? – zapytała zdezorientowana.
- Zajechałaś mi drogę! – otrząsnąłem się
- Ja zawsze tu parkuję! – powiedziała ze złością – Zabieraj tego grata i wynoś się stąd!
- Grata? Mówisz o moim samochodzie? – prychnąłem
- Tak. Dokładnie. Wynoś się! – wrzasnęła i odeszła.
Ta dziewczyna była inna. Wkurwiająca, a na swój sposób pociągająca. Muszę ją lepiej poznać...

Isabel


- Co za kretyn! – wrzasnęłam
- A kto to był? – zapytała Suz
- Ten chłopak z dyskoteki o którym wam mówiłam.
- Serio? Fajny jest. A jakie ma cudne auto....
- Zamknij się Suz! Nie jest fajny! Jest okropny i wkurzający!
- Podoba ci się co? – wtrąciła się Jane
- Zwariowałaś?! Przecież powiedziałam że jest okropny – przypomniałam jej.
- Podoba jej się – puściła oczko do Suz
- Zwariowałyście – skwitowałam i ruszyłam w stronę swojej szafki. (...)

______________________________________________________
Przyznam że jestem trochę zawiedziona. Tylko jeden komentarz pod poprzednim rozdziałem? Przykro mi trochę :cc
Jeślim ktoś to wgl czyta to napiszcie komentarz pliss ;*
4 KOMENTARZE = NN
30.01.2013 o godz. 08:00

Przyszłość, która przeraża mnie coraz bardziej - 14 ♥

(...) Słysząc syreny nadjeżdżającego pogotowia, oderwałam się od dziewczyny, szybko wstając, co nie było dobrym pomysłem. Przed oczami pojawiły się mroczki. Zakręciło mi się w głowie, upadłam.


Przebudziłam się z potwornym bólem głowy, pośród czterech, obskurnie, białych ścian. Leżałam na niewygodnym łóżku po pas okryta równie białą kołdrą. Przymrużałam oczy, spoglądając na bladożółty sufit, raził mnie blask lamp. W pomieszczeniu było cholernie zimno, a może tylko ja tak odczuwałam? Delikatnie przekręciłam głowę na prawo, stały tam trzy łóżka, puste łóżka. Po lewej zaś stronie napotkałam biurko, a za nim ścianę. Świadczyło to, o tym, że w sali nie leży nikt poza mną. Oblizałam spierzchnięte usta, przenosząc wzrok na drzwi. Czekałam, aż ktoś w końcu wejdzie i poda mi szklankę wody, a ja zatopię w niej spragnione usta.
Leżałam w bezruchu kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Kąciki moich ust minimalnie podniosły się ku górze, układając w delikatnym, prawie niezauważalnym uśmiechu. Do pomieszczenia pewnym krokiem wszedł facet około trzydziesty w białym fartuchu, co wskazywało na to, że jest on lekarzem. Zza niego wyłonił drobnej postury policjant. Nie trudno było zgadnąć, zważywszy na jego mundur. Wzięłam głęboki oddech, zamykając oczy. Czułam, że czeka mnie długa rozmowa. Chciałam jej uniknąć, więc udawałam, że śpię choć byłam pewna, że doskonale o tym wiedzieli.
- Jak się czujesz? - zapytał lekarz, podchodząc do mojego łóżka. Mogłam wywnioskować to po ilości kroków jakie postawił od drzwi.
Otworzyłam gwałtownie oczy, przed oczami pojawiła mi się twarz lekarza, nachylającego się nade mną. Przestraszyłam się. Kiedy uspokoiłam oddech, odpowiedziałam, mijając się z tematem.
- Co z Justinem?
Pan Jeffey, jak udało mi się odczytać z plakietki, zwisającej z jego szyi przeniósł wzrok na policjanta, stojącego w drzwiach. Skinął on głową, a lekarz udzielił mi odpowiedzi.
- Czuje się lepiej, wiele ci zawdzięcza - na jego słowa, uśmiech rozpromienił moją twarz.
- Rozmawiał pan z nim? - wypytałam ciekawa, równocześnie szczęśliwa.
- Tak, chciał cię odwiedzić, ale to zbyt wcześnie. Powinien jeszcze poleżeć, odpocząć, więc kazał w jego imieniu podziękować tobie - roześmiał się. - Pan Harry Hetfield chciałby zamienić z tobą kilka słów na osobności. Jesteś gotowa? - z twarzy znikł mi uśmiech, nie byłam gotowa na taką rozmowę, ale nie chciałam tego na marne odwlekać. Pragnęłam mieć już to za sobą, więc czym prędzej przytaknęłam. - Mógłbym jeszcze coś dla ciebie zrobić? - zapytał przemiłym głosem, wpatrując się z zaciekawieniem w kartę pacjenta, przyczepioną do mojego łóżka.
- W sumie to tak - odpowiedziałam, zdając sobie sprawę, z tego, jak mój głos strasznie brzmi. Był cholernie zachrypnięty i drażliwy dla uszu. Lekarz przeniósł wzrok na mnie, ułożył usta w uśmiech i patrzył wyczekująco. - Wody - odpowiedziałam krótko, po chwili dodając - kartkę i długopis - odgarnęłam włosy z twarzy, podciągając się na łokciach do pozycji półleżącej. Ułożyłam się wygodnie, przygotowując na poważną i coś czuję wcale nie krótką rozmowę.
- Proszę - odrzekł, podając mi kubek z wodą, którą ulał ze zbiornika w kącie pomieszczenia. Posłałam mu wdzięczny uśmiech, a on, powiadamiając mnie w drzwiach, o tym, iż kiedy będę chciała mogę przerwać zeznania. Skinęłam głową na znak, że rozumiem, odchylając głowę do tyłu. Na same wspomnienia oczy zaszły mi łzami. Usłyszałam trzask, zamykanych drzwi... wyszedł. Za to do łóżka zbliżył się policjant, zabierając po drodze krzesło, na którym usiadł. Z kieszeni wyjął dyktafon, włączając nagrywanie.
- Nazywam się Harry Hetfield i przejąłem waszą sprawę. Mogłabyś opowiedzieć mi jak to wszystko wyglądało? Od samego początku, jak się zaczęło?
Upiłam łyk wody, w głowie układając sobie sensowne zdania, którymi mogłabym rozpocząć...
W trakcie opowiadania, nie mogłam pohamować łez, które jak opętane spływały po policzkach. Co chwilę pytał czy nie chcę przerwać. Nie mogłam. Nie chciałam. Na myśl, o tym, że jeśli teraz przerwę będę musiała opowiadać całość jeszcze raz, chciałam tego za wszelką cenę uniknąć. Chciałam zapomnieć.


***


Nie wiem od czego zacząć, Justin. Może od tego, że się przywitam, więc... cześć. Piszę ten list głównie ze względu na to, iż chciałam dowiedzieć się od Ciebie czy wszystko z Tobą w porządku. Jak się czujesz? Lekarze zapewniają, że nic Ci nie jest. Nie ufam im. Widziałam w jakim stanie byłeś, nie mogło Ci się od tak polepszyć. Tylko proszę, bądź ze mną szczery. Martwię się. W dodatku nie mogę Cię odwiedzić. Mają zrobić mi jakieś badania, nie wiem co się dzieje, nie chcą mi powiedzieć. Mówią, że "to jeszcze za szybko, by potwierdzić nasze podejrzenia". Jakie podejrzenia? Justin... boję się.
Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym się teraz do Ciebie przytulić i trwać tak po wieczność.


Liczę na odpowiedź,

tęsknię, Twoja Shannon.


Minęło kilka dni, odkąd mnie, nas tutaj przywieźli. Martwiłam się o Justina, więc postanowiłam napisać powyższy list i dowiedzieć się co u niego. Nie był to zły pomysł. Choć nie mogliśmy siebie odwiedzać, przynajmniej znaleźliśmy sposób w jaki mogliśmy ze sobą korespondować. Polegało to na tym, że list, który napisałam dawałam pielęgniarce czy lekarzowi, a oni mieli przekazać go Justinowi.

Od tych nieszczęsnych kilku dni, w których myślałam, że wszystko się ustabilizuje, zaczęło dziać się ze mną coś niepokojącego. Nieustanny kaszel z domieszką krwi, gorączka, w dodatku silne bóle w obrębie klatki piersiowej. Nie miałam pojęcia, co jest nie tak, a lekarze bronili się od odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Prawda. Czy oczekiwałam zbyt wiele?


***


W godzinach popołudniowych, nudząc się, oczekiwałam odpowiedzi ze strony Justina, która do tej pory nie nadeszła. Ja w tym czasie zdążyłam przejść serię badań, które i tak były dopiero początkiem. Bałam się ich wyniku. Cholernie się bałam, to musiało być coś poważnego, inaczej w mojej sali nie siedziałaby 24 godziny na dobę pielęgniarka, nie spuszczająca ze mnie oczu, swoją drogą bardzo mnie tym irytując.
Leżałam, wpatrując się w sufit. W ten sposób spędzałam większość wolnego czasu. Drugą opcją była lektura, jednak po raz trzeci nie zamierzałam jej czytać. Dużo też czasu poświęcałam na rozmyślanie o mnie, Justinie, Londynie, o przyszłości, która przerażała mnie coraz bardziej.
Powieki powoli się zamykały, zasypiałam. Wtem do sali wszedł pan Jeffey, a ja automatycznie rozbudziłam się, podnosząc na łokciach do pozycji siedzącej. Z uśmiechem wręczył mi list po czym podał zeszyt i długopis z metalowej szafki, na której owe rzeczy leżały. Zadał kilka rutynowych pytań na temat tego, jak się czuję. Zapewniłam, że wszystko ze mną w porządku, chociaż nie byłam co do tego, do końca przekonana. Od rana nie ustępowały mi zawroty głowy, niewielkie, ale zawsze. Na szczęście od dobrej godziny czułam się lepiej.
Długo wpatrywałam się w starannie zwiniętą w pół kartkę. Drżącymi palcami rozwinęłam ją, a w oczy rzuciło mi się staranne, koślawe pismo Justina. Uśmiech rozpromienił moją twarz. Spięłam włosy w wysoką kitkę aby te nie przeszkadzały mi w czytaniu.


Shannon... Proszę, mną się nie przejmuj. Czuję się lepiej, co nie znaczy, że dobrze. Cholernie boli mnie głowa i czasami mam ochotę zwymiotować, ale jakoś daję radę. Mama ciągle u mnie przesiaduje, nawet nie wiesz jak mnie denerwuje swoim wypytywaniem o dosłownie wszystko. Przepraszam, że tak długo zajęła mi odpowiedź na Twój list, niestety, próbując pisać go przy matce, ta ciekawska od razu chciała go przeczytać, nie mogłem się skupić. Wykorzystałem moment, w którym poszła do bufetu. Nie chciałem, żeby go czytała. Mam tak wiele Ci do powiedzenia. Jednak zacznę od pytania, na które masz mi udzielić szczegółowej odpowiedzi - Co Ci jest? Co się dzieje? Jak się czujesz? Boję się o Ciebie. Cholernie. Postaram się odwiedzić Cię w najbliższym czasie, kiedy tylko uda mi się wybłagać lekarza. Z resztą dzisiaj na pewno nie będzie Ci się nudzić. Mama mówiła, że wpadnie do Ciebie, nie będziesz przecież całymi dniami sama siedzieć. W dodatku chce porozmawiać... proszę nie mów jej nic o tym zdarzeniu, bo nie da nam spokoju. Nie chcę tego rozpamiętywać, chcę zapomnieć. Tak będzie najlepiej chociaż będzie to trudne. Rozmawiała ze mną policją, z Tobą też? Mówili mi, że ta sprawa będzie dogłębnie rozpatrywana przez sąd... wiesz co to oznacza? Pójdę siedzieć, ty nie masz się o co martwić. Zabiłaś, ale w obronie własnej - uwzględnią to, a co ja mam na swoje usprawiedliwienie? Nic. Zapewne wiesz o co chodzi... Byłem i nadal jestem potworem, który skrzywdził tyle niewinnych ludzi. Chciałbym cofnąć czas i postąpić całkowicie inaczej, niemożliwe...
Księżniczko ja też tęsknię. Jeszcze trochę i się zobaczymy. Wtedy nie wypuszczę Cię ze swoich objęć. Tak wiele Ci zawdzięczam. Nie wiem jak Ci dziękować. Słowa to za mało. Zdecydowanie.


Na dole w prawym rogu znajdował się napis, kilkakrotnie przekreślony, a za nim po przecinku jego imię. Próbowałam odczytać go kilkanaście minut. Niezmiernie mnie to ciekawiło. Doszłam do tego, że zaczynał się na "K" pośrodku z pewnością było samo "h", a najprawdopodobniej przedostatnią literą było "i". Nie musiałam długo nad tym główkować. Kocha mnie?! Przecież to tak wiele zmienia, nie spodziewałam się. To był potężny szok z mojej strony. Nie wierzyłam własnym oczom. Justin Bieber zakochał się w zwyczajnej Shannon Collins? To niemożliwe, a zarazem niesamowite. Dwa słowa, dziewięć liter, a jak potrafią uszczęśliwić człowieka. Humor samoczynnie mi się poprawił. Chciałabym usłyszeć to z jego ust, wymierzone w moją stronę. Czułam się tak cholernie dumna, w końcu on może mieć każdą, ale nie każda może mieć jego.


__________


15 rozdział może pojawić się z lekkim opóźnieniem. Myślę, że dodam go jakoś do półtorej tygodnia. Czasu mi nie starcza na pisanie. Chcę się podciągnąć z nauką, bo z tym u mnie cienko. W dodatku nie mam zamiaru przez Tego bloga (który też jest oczywiście dla mnie ważny) zaniedbywać przyjaciółek. Mam nadzieję, że zrozumiecie i jakoś przetrwacie do nn.

Kocham Was,
Believe-in-lovee ♥


Uwielbiam Go na żywo <3

Tagi: *.*
27.01.2013 o godz. 14:57
Isabel


- Tylko wróć jutro przed obiadem – powiedziała mama odprowadzając mnie do drzwi.
- Dobrze mamo – przytaknęłam znudzona.
- I baw się dobrze – cmoknęła mnie w czoło.
- Dziękuję – wyszłam z domu i wsiadłam do samochodu.
Kilka chwil później byliśmy już pod domem Suz.
- Dobrej zabawy panienko – powiedział Diego.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się, po czym wysiadłam z auta.
Przygotowania do imprezy zajęły nam duuuużo czasu, ale było warto. Gotowa czekałam w salonie na dziewczyny przeglądając jakieś pismo. Przerwał mi to dzwonek do drzwi. Zgrzebałam się z fotela i poszłam otworzyć.
- Hej! – wrzasnęli chłopaki na przywitanie
- Część! Wchodźcie.
- A wydaje mi się czy mieliśmy jechać? – zapytał Niall.
- Tak. Ale dziewczyny jeszcze się ubierają.
- Serio? A gdzie? – zapytał Zayn poruszając zabawnie brwiami.
- Głupek – pacnęłam go w głowę.
- Iss... ładnie wyglądasz – powiedział Harry
- Dziękuję – poczułam, że się rumienię.
Po chwili zeszły dziewczyny i ruszyliśmy.

Justin


Mimo że blondi popsuła mi trochę humor postanowiłem się wybrać na imprezę. W końcu to tradycja. Nocne imprezy. Siedzenie w domu to nie dla mnie. Ja jestem przystojny, bogaty i PRZYSTOJNY! – muszę się bawić. Wsiadłem do swojego czerwonego samochodu i z piskiem opon ruszyłem z podjazdu. Chwilę później byłem już pod klubem. Było tam już dość tłoczno i roiło się od napalonych lasek co najważniejsze ;)
Szybko odnalazłem kumpli, z którymi imprezowałem i zaczęliśmy zabawę.


Isabel


- Zatańczysz? – zapytał Harry
- Pewnie – zgodziłam się i ruszyłam za chłopakiem. Zaczęliśmy szaleć na parkiecie. Po chwili dołączyli do nas nasi przyjaciele.
- Chcesz coś do picia? – zapytał Louis, kiedy zmęczona usiadłam na stołku przy barze.
- Wody – powiedziałam
- Ok. – chłopak zniknął, a po chwili wrócił z moim napojem.
Chciał mnie wyciągnąć na parkiet, ale nie chciałam. Wolałam wypić w spokoju.

Justin


- Patrz ta jest niezła – Rob wskazał na blondynkę wirującą na parkiecie.
- Nie... mam dość blondynek – westchnąłem przypominając sobie poranną historię.
- Dla mnie tam jest niezła – uśmiechnął się i ruszył w stronę dziewczyny.
Upiłem łyk piwa i rozejrzałem się dokładnie w poszukiwaniu jakiejś piękności. Nagle zauważyłem zgrabną szatynkę siedzącą przy barze – samą, co jest dość ważne. Wypiłem piwo i poprawiając kurtkę ruszyłem w jej stronę.
- Cześć! – zagadnąłem
- Cześć! – powiedziała dziewczyna beznamiętnie, nawet mi się nie przyglądając. Przyznam że to było dziwne. Zwykle dziewczyny uśmiechają się i od razu zaczynają flirt.
- Jestem Justin – nie dawałem za wygraną.
- Isabel – uścisnęła moją dłoń przyglądając mi się uważnie.
- Mogę się dosiąść? – zapytałem
- Siadaj – powiedziała obojętnie.
- Jesteś tu sama?
- Nie. Z przyjaciółmi – spojrzała w stronę grupki szalejącej na parkiecie.
- Może napijesz się czegoś – zaproponowałem – ja stawiam
Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem, po czym uśmiechnęła się i odpowiedziała
- Nie dzięki. Jeszcze mam – uniosła dłoń, w której miała szklankę z napojem.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś śliczna? – postanowiłem spróbować.
- Daruj sobie. – posłała mi zażenowane spojrzenie
- To tak się teraz dziękuje za komplementy?
- Masz mnie za głupią, czy niedorozwiniętą? Przecież wiem o co ci chodzi. Nie jestem idiotką. – oznajmiła – A teraz przepraszam. Idę się bawić. – odstawiła szklankę na blat i ruszyła do przyjaciół.
Ok. To było dziwne. Do tej pory żadna dziewczyna mi nie odmówiła. Dziwne. Bardzo dziwne...

Isabel


Następnego dnia

- Mówię ci, ten gość był okropny – wzdrygnęłam się na samo wspomnienie.
- Ale co? Był obleśny? Stary? Owłosiony? Śmierdział? – zapytała Jane
- Nie, był całkiem przystojny. Ale wiesz ten jego tekst „mówił ci już ktoś, że jesteś śliczna?” proszę... żenada...
- Może nie wiedział jak zagadać – zasugerowała Suz.
- Ta jasne – prychnęłam – już ja znam takich jak on. Chodzi im tylko o jedno.
- Znaczy o co? – zapytała Suz z uśmiechem
Spojrzałam na nią pytająco, po czym pokręciłam głową i rzuciłam w nią poduszką, którą miałam pod głową.
- A! Już wiem! – zaśmiała się odrzucając poduszkę. I tak zaczęła się wojna na poduchy. (...)

Justin


- Justin! Już jestem! – usłyszałem wołanie z dołu. To na pewno tata. Zerwałem się z łóżka i dokładnie rozejrzałem po pokoju, czy aby na pewno nie ma tu żadnej dziewczyny. Tak. Pokój był pusty. Szybko się ubrałem i zszedłem na dół.
- O Justin! Myślałem że jeszcze śpisz.
- Nie. Cześć tatku – przytuliłem go po męsku.
- Muszę z tobą porozmawiać synu – oznajmił ponuro.
- O co chodzi? – uniosłem brwi.
- Widzisz... ostatnio zauważyłem że się zmieniłeś...
- Zmieniłem? Tato... no co ty...
- Nie zaprzeczaj – przerwał mi – przecież widzę. Lekceważysz naukę i ciągle imprezujesz. Tak nie może być!
- Chodzi ci o to że raz czy dwa nie poszedłem na lekcje? Tato...
- Nie. Nie o to chodzi. Teraz wiem że popełniłem błąd nie wysyłając cię do normalnej szkoły. Stałeś się nieodpowiedzialny, a to się musi zmienić – powiedział z powagą.
Ok. To było dziwne. Mój ojciec rzadko bywa poważny.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałem przełykając głośno ślinę. Domyślałem się o co mu chodzi. Już wcześniej mówił że to zrobi, ale zawsze w żartach. Nigdy na poważnie.
- Od poniedziałku pójdziesz do normalnego liceum.
- Co?! Nie możesz mi tego zrobić! Tato! Obiecuję że się poprawię. Daj mi jeszcze jedną szansę. – błagałem
- Nie! To postanowione. W poniedziałek widzę cię w szkole! – powiedział i wyszedł z salonu.
No pięknie! Jeszcze tego mi brakowało! Będę chodził do szkoły?! Przecież ja całe życie olewałem sobie naukę! Nie poradzę sobie...


Isabel


Następnego dnia

Poczułam, że ktoś szarpie mnie za ramię. Leniwie otworzyłam oczy i ujrzałam przed sobą moją siostrę.
- Iss! Wstawaj! Mama mówi żebyś wstawała! – mówiła dość donośnym głosem.
- Daj mi spokój – mruknęłam odwracając się na drugi bok i nakrywając głowę białą, mięciutką poduszką.
- Iss! Mówię poważnie. Dziś niedziela. Jak co tydzień idziemy do ciotki Kathleen.
Ciotka Kathleen to siostra naszego ojca. Nie cierpię jej, co tydzień chodzimy do niej na obiad. A ja za każdym razem wynudzę się tam jak mops. Ciotka co prawda żyje w LA, ale nadal zachowuje się tak, jakby żyła w Indiach. Wyznaje tą religię. Jej dom wygląda jak w filmach i ubiera się w sari. Ma syna – osiemnastoletniego Samuela – i córkę – piętnastoletnią Molly. Są tak samo rąbnięci jak ona. Ale w końcu zostali tak wychowani.
- Iss! – wrzasnęła Agnes.
- A nie możesz przekonać taty, żebym mogła nie iść? – zapytałam błagalnie
- Nie! Wstawaj! – rozkazała wychodząc z mojego pokoju.
Marudząc pod nosem zwlekłam się z łóżka. Leniwie poczłapałam do łazienki. Tam wzięłam orzeźwiający prysznic. Kiedy skończyłam dokładnie wytarłam swoje ciało i wysuszyłam włosy, po czym wyprostowałam je prostownicą. Niechętnie włożyłam na siebie ciuchy i poprawiając włosy zeszłam na dół.
- Na nareszcie. Już myślałem że nie zejdziesz – powiedział tata z uśmiechem – chodźcie, bo się spóźnimy.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jest już po drugiej. Czułam że za chwilę rozpocznie się męczarnia. (...)

__________________________________________________
Hej! Hej kochane! Nareszcie dodałam nowy rozdział ;) A ten tydzień w końcu się kończy. Tak mi się dłużył ten tydzień że masakra! Myślałam że umrę na tych lekcjach :cc
Co do kolejnego rozdziału to pewnie pojawi się szybciej niż ten, w końcu bd miała ferie ;)

Kocham ♥ i do nn ;*
26.01.2013 o godz. 15:19

Zwycięstwo, osiągnięte poprzez morderstwo - 13 ♥




(...) Uśmiechnęłam się promiennie, kiedy wziął mnie na ręce, niosąc do jego biura. Wiele kosztował mnie ten absurdalny plan, musiałam przezwyciężyć strach, nienawiść, wstręt i obrzydzenie. Oby było warto.


Przenieśliśmy się na łóżko, zatracając w pocałunkach. Przełykając głośno ślinę, zdjęłam z siebie koszulkę, pozostając w samym staniku. Chłopak siedział, przyglądając się mi z zaciekawieniem, połączonym z niedowierzaniem. Wysiliłam się na uśmiech, sztuczny uśmiech, który przyozdobił moją zdenerwowaną twarz. Ręce trzęsły mi się niewiarygodnie. Pchnęłam chłopaka, tak, że się położył. Usiadłam na nim okrakiem, nachylając się nad jego szyją, którą po chwili muskałam. Chwytając za skrawek jego koszulki, chciałam go z niej pozbawić. Szatyn, widząc, że sobie nie radzę, pomógł mi ją z siebie zdjąć, uśmiechając się przy tym. Nie wiedział jeszcze co go czeka...
- Kocie, co w ciebie wstąpiło? - zaśmiał się pogardliwie, odgarniając jednym ruchem grzywkę z czoła.
- Chcę się z tobą pieprzyć, rozumiesz? - starałam się wyzbyć na jak najbardziej seksowny głos, przygryzając płatek jego lewego ucha, który nie był przyozdobiony w żaden z tuneli.
Dłonią, zjeżdżając do jego krocza, usiłowałam się uwiarygodnić. Odpiąwszy pierwszy guzik jego spodni, po chwili kolejny, coraz bardziej wierzyłam, że mój plan się powiedzie, a ja zdołam uratować Justina z tej męki, którą przeżywa.


Stąpając po drewnianej podłodze, kierując się wraz z Ianem do ostatnich, obskurnie podrapanych, równie drewnianych drzwi - spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, co za nimi ujrzałam, kiedy tylko przekroczyliśmy ich próg.
Siedział, przywiązany do krzesła, brutalnie pobity z zakrwawioną twarzą i resztą ciała. Obok niego stał mężczyzna, w reku trzymający kij do bejsbola, który ze swojej matowej, zółtej barwy zmienił kolor na krwistą czerwień.
- Justin! - krzyknęłam rozpaczliwie, chcąc podbiec do niego.
Wykonawszy dwa pierwsze kroki, poczułam silne ramiona, oplatające moje ciało. Nie mogłam się ruszyć. Krzyczałam strasznie, płakałam przeraźliwie głośno, nie odrywając wzroku od blondyna. Tak bardzo cierpiał, a ja nie mogłam nic zrobić. Byłam całkowicie bezradna w zaistniałej sytuacji. Próby wyrwania się z objęć Adamsa kończyły się niepowodzeniem.
Jus słysząc mój głos, z ledwością podniósł głowę, spoglądając na mnie. Na jego twarzy wymalował się uśmiech, przepiękny uśmiech, który po chwili znikł, kiedy owy mężczyzna zanurzył dłoń w szklanym pojemniku zatytułowanym "SÓL". Nabrał całą garść białego proszku. Zszokowana wpatrywałam się w wysokiego bruneta po trzydziestce na pewno. Podszedł bliżej brązowookiego, przenosząc wzrok na Iana. Odwróciłam głowę, spoglądając na to, co zrobi szatyn. Skinął głową. W tym czasie facet otworzył dłoń, z której na otwarte rany Justina opadł biały proszek. W ułamku sekundy udało usłyszeć się histeryczny krzyk, wydobywający się z ust blondyna. Zacisnął zęby z bólu, próbując się uspokoić.
Krzyczałam razem z nim, płakałam razem z nim. Siedziałam pod ścianą, patrząc jak opuszczają go wszelkie siły, powoli zamykał oczy, otwierając je dopiero po kilku, kilkunastu minutach - mdlał. Dokładnie wtedy, patrząc na półnagiego osiemnastolatka, do głowy wpadła mi myśl, z której przerodził się plan.


- Hej! - szturchnął mnie Ian, a ja otrząsnęłam się z rozmyśleń - od prawdy.
Od środka rozpierała mnie nienawiść, żądza zemsty. Wiedziałam, że albo teraz albo nigdy. Sięgnęłam z biurka grube sznurki, które kilka dni temu sobie przyszykowałam. Z wymuszonym uśmiechem złapałam za nadgarstki szatyna, przyciągając je do metalowej ramy łóżka. Nie opierał się, myślał, że chcę poeksperymentować? Ostro się zabawić? Jeszcze nie wiedział jak bardzo się myli.
Dokładnie i precyzyjnie przywiązałam jego ręce do metalowych prętów. Z nogami uczyniłam dokładnie to samo. Z powrotem usiadłam na nim okrakiem, sięgając po niewinnie wyglądającą poduszkę.
- Ostatnie życzenie? - zaśmiałam się, przymrużając oczy.
Czułam się tak doskonale, jak jeszcze nigdy w życiu. Widząc jak Ian próbuje się uwolnić, śmiałam się najgłośniej jak potrafiłam. Zrozumiał co się dzieje. - Chciałabym, żebyś chociaż po części czuł to, co czułam ja i inne dziewczyny, kiedy nas gwałciłeś. Chciałabym, żebyś męczył się, tak, jak męczył się Justin. Jednak jakoś nad tym uboleję, wiedząc, że spotkało cię coś o wiele gorszego. Śmierć Ian, śmierć - mój głos był pełen nienawiści, goryczy i rozbawienia.
- Nie zrobisz tego - powiedział chociaż z pewnością sam w to nie wierzył. Moją odpowiedzią był śmiech. Śmiałam się, tak, jak robił to on, kiedy zmuszał mnie do seksu, śmiałam się, tak, jak on, patrzący na wykrwawiającego się Justina.
Nie czekając dłużej, przycisnęłam poduszkę do jego twarzy.
- To koniec - szepnęłam, dociskając niewielką poduszkę do jego twarzy, uniemożliwiając mu tym nabranie powietrza.
Wyrywał się, rzucał. Po chwili wszystkie ruchy zaczęły ustawać, aż kompletnie zanikły lecz ja dalej trzymałam poduszkę, dociśniętą do jego twarzy. Minęło kilka minut, ewentualnie kilkanaście, kiedy z niego zeszłam. Stawał się coraz zimniejszy, był blady, a jego usta coraz bardziej siniały. Nie żył. Odgarnęłam włosy z twarzy, upuszczając poduszkę na podłogę. Odgarnęłam niesforne włosy z twarzy. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo mam mokre od łez policzki. Stałam, tępo przyglądając się klatce piersiowej Iana. Nie unosiła się. Byłam w stu procentach pewna zwycięstwa, osiągniętego poprzez morderstwo. Zabiłam człowieka - myśl, która nie chciała opuścić mojej głowy. Nie zasługiwał na życie, na szczęście - pocieszałam się.

W poszukiwaniu telefonu komórkowego, z którego dałoby się zadzwonić na policję i pogotowie, zaczęłam przeszukiwać wszystkie szafki, kartony i inne pudła. Załamana otwierałam wszystko po kolei, wyrzucając całą zawartość ze środka. W końcu znalazłam iPhona, zapewne Justina. Ach... tak! Justin! Jak mogłam o nim zapomnieć?- skarciłam się w myślach. Założyłam na siebie bluzę i czym prędzej wybiegłam z pomieszczenia, kierując się do ostatnich drzwi długiego holu, za którymi przebywał Justin. Wpadłam roztrzęsiona do środka, podbiegając do Biebsa. Był przytomny, uklękłam obok niego, zaczynając uwalniać go z lin jakie przytrzymywały go do drewnianego stołka. Prawie nic nie widziałam, cały obraz zamazywały mi łzy, nieustannie wypływające z moich oczu.
- Zabiłam go - schowałam twarz w dłoniach, zanosząc się szlochem.
Nie musiałam długo czekać na wsparcie ze strony Justina, któremu z ledwością udało się mnie przytulić. Wtuliłam się w jego poharatane ciało. W jego ramionach czułam się bezpieczna, choć ogromne zagrożenie zbliżało się wraz z godziną 16:00, o której miał pojawić się pomocnik Iana. Na wielkim, ściennym zegarze udało mi się dostrzec godzinę 15:40. Wzięłam głęboki oddech, przenosząc wzrok na swoje dłonie. W jednej z nich mieścił się telefon. Wybrałam numer pogotowia. Po zaledwie kilku sekundach usłyszałam przemiły głos jakieś kobiety, która przekierowała mnie na szpital. Opowiedziałam wszystko w skrócie, podając ulicę, na której przebywaliśmy. Dobrze, że zwróciłam na to uwagę, kiedy kilka dni temu Adams przywiózł mnie tutaj z motelu. Słysząc, że zaraz będą - rozłączyłam się.
Pomiędzy nami panowała cisza, kojąca cisza. Wtulona w jego tors, wsłuchiwałam się w przyspieszone bicie jego serca. Bałam się o niego. O nas, o to, że nas rozdzielą, że pójdziemy siedzieć.
- Księżniczko - usłyszałam znad głowy jego zachrypnięty, osłabiony głos. Spojrzałam na jego wymęczoną twarz, a łzy mimowolnie stanęły mi w oczach.
- Tak, Justin? - zapytałam, pociągając nosem.
- Dziewczyny - odszepnął, a ja nie rozumiałam o co może mu chodzić.
Zaczął przymykać oczy, a ja zaczęłam panikować. Ułożyłam jego głowę na swoich kolanach, wpatrując się zmartwiona w jego okaleczoną twarz.
- Nic mi nie będzie, idź do nich - udało mu się jedynie to powiedzieć przed utratą przytomności.
Zdjęłam z siebie bluzę, zwinęłam ją i ułożyłam na niej jego głowę. Pocałowałam w czoło i wybiegłam z pomieszczenia. Otwierałam wszystkie drzwi po kolei. Tylko jedne były zamknięte na klucz, którego nie maiłam. Szarpałam za klamkę, słysząc za drzwiami głosy. Rozejrzałam się wokół siebie. Widząc na ziemi kawałek metalu, przypominającego łom, nie zastanawiając się dłużej, wzięłam go do rąk, uderzając w drzwi. Na marne. Spróbowałam inaczej, podważając je z boku. Ustąpiły, a ja odetchnęłam z ulgą.
Zdziwione spojrzenia mierzyły mnie z góry do dołu. Stałam tak, z łomem w ręku. Bały się do mnie podejść. Po chwili z płaczem upadłam na kolana. Dopiero teraz odważyły się do mnie zbliżyć. Pierwsza zrobiła to Bella. Otuliła mnie swoimi ramionami, gładząc moje włosy. Zapewniała, że będzie dobrze. Nie słuchałam jej, ciągle powtarzałam imię Biebera, zanosząc się szlochem. Słysząc syreny nadjeżdżającego pogotowia, oderwałam się od dziewczyny, szybko wstając, co nie było dobrym pomysłem. Przed oczami pojawiły się mroczki. Zakręciło mi się w głowie, upadłam.


__________


No więc tak... Natchnęło mnie i uwinęłam się z tym rozdziałem w przeszło godzinę. Palce nie odrywały się od klawiszy klawiatury ; )


Jestem bardzo zadowolona, a wręcz wniebowzięta ilością komentarzy pod ostatnimi rozdziałami. Nawet nie wiecie jaką przyjemność sprawia mi ich czytanie. W dodatku 57 obserwujących... Mogę jedynie napisać szczere DZIĘKUJĘ.


Chciałabym, żeby każdy kto przeczytał rozdział go skomentował. Mam nadzieję, że i tym razem mnie nie zawiedziecie ♥


Tagi: *.*
22.01.2013 o godz. 20:27
-Cio jest tatuśowi?-zapytałą malutka kiedy zauważyłam moje łzy.
-Kochanie tatuś usnął ja jakiś czas-odpowiedziałam.
-Ale dlacegio?-znowu zadała pytanie.
-Usnął bo musi wypocząć i nabrać sił,jak się obudzi to będzie tak jak wcześniej-wyjaśniłam wysilając się na lekki uśmiech.
Od razu w mojej głowie pojawił się obraz jak Justin bawi się z małą w ogrodzie a ja uśmiechnięta siedze na huśtawce i podziwiam moje dwa sensy życia.
Zaczynam się śmiać z ich wspólnych wygłupów,a brunet poważnieje podchodzi do mnie i zaczyna namiętnie całować aż przerywa nam słynne "Fuuuu" naszego owocu miłości.
Nagle szara rzeczywistość wróciła,spojrzałam na chłopaka który nieprzytomny leżał na szpitalnym łóżku.
Mocniej ścisnełąm jego dłoń którą trzymałam i po raz kolejny musnęłam jego usta....
Kilka dni póżniej


Minęło już kilka dni ,od tamtego czasu prawie nie wychodzę z jego sali.Jedynie co to do toalety a jedzenie mi donoszą.
Jazmyn też chce być cały czas przy Justin'ie ale nie pozwalam jej więc zbliża się wieczór,Chris ją zabiera do siebie.Wszyscy już wiedzą co się stało,paparazzi cały czas stoją pod szpitalem tak jak Beliebers . Lekarze mówią,że powinien się niebawem obudzić,żebra się juz prawie całkowicie zrosły a głowa już zaszyta i nie ma śladu po jakim kolwiek obrażeniu więc nie powinna mu sprawiać problemów.
-Może idz do domu połóż się-zaproponowała po raz kolejny od dwóch tygodni Pattie. Pokrenciłam głową na "nie" i wróciłam do patrzenia na Justina.
-Hope tak nie można ,abyś cały czas siedziała pośród czterech ścian... przynajmniej jesz ,ale pomyśl o Jaz która siedzi bez rodziców.Bez mamy a o takcie to już nie powiem.
-Pattie ... proszę cię wiesz,że nie wyjdę więc po co
mi to proponujesz-odrzekłam nie spuszczając wzroku z twarzy chłopaka.
-Dobrze-szepnęła i wyszła.Kobieta ma racje ale ja go nie zostawię nawet jak do kibla idę to tęsknie... kocham go z całego serca i nic tego nie zmieni.Boje się ... lekarze powiedzieli że po 2 tygodniach powinien się obudzić a jak nie to po kilku miesiącach.Mam już wszystkiego dość ale liczę ,że włąsnie za chwile zobaczę jego piękne oczy.Pocałowałam go namiętnie w usta co mnie zdziwiło lekko odwzajemnił.


Po kilku sekundach poczułam jak ściska mnie za reke,jego usta delikatnie się rozchyliły i otworzył powieki pod którymi byłe te piękne tęczówki.
-Kocham się wiesz ??-szepnął a ja rzuciłam mu się na szyje i nachalnie a zarazem namiętnie pocałowałam co on oczywiście odwzajemnił.Byłam w siódmym niebie normalnie..... EJ STOP !!!!!!!!!!!!!!!!!
JA JESTEM WIEDŹMĄ CZY CO ???!!!
A gówno teraz liczy się tylko on i oczywiście Jaz.
-Wiem ,tęskniłam i to strasznie... a wgl jak się czujesz?
-Dobrze kochanie a wiesz dlaczego bo jesteś przy mnie i...-chciał skończyć al przerwała mu osoba wbiegająca do sali którą okazała się mała,słodka dzieczynkę.
-Tatuś-krzyknęła i rzucił się na Justina który pomógł jej sie wdrapać na łóżko.-tenskilam
-Ja też myszko za wami tęskniłem-powiedział i pocałował ją w czubek głowy.Tą jakże cudowna chwile przerwałą nam osoba wchodzą do sali....
Od Aut: no dziewczyny nie myślałąm że uda wam się uzbierać aż 10 komentarzy w ciągu 4 dni :D Jestem z was dumna po prostu <3 Kocham was <3 Obecnie jestem chora i nie mam co robić .Mam pytanie czy mam opisywać scenę +18 czy już sobie darować bo to tylko wasza decyzja. Mam nadzieję że dacie rade :
13 Komentarzy=38 Rozdział
Tagi: 37
21.01.2013 o godz. 14:16
Czułam jak mnie niesie do domu. Coś szeptali między sobą, ale nie bardzo wiedziałam co. Po chwili poczułam pod sobą coś miękkiego, chyba kanapa.
- Chodź - mruknęłam do chłopaka i pociągnęłam go na siebie.
- Jessi, śpij - szepnął.
- Nie chcę spać sama - jęknęłam. - Proszę - szepnęłam.
Usłyszałam głośne westchnięcie chłopaka i zaraz położył się przy mnie mocno mnie obejmując.
Justin

- Justin! Musimy się zaraz zbierać - krzyknął szeptem Mike
- Jeszcze chwileczkę - szepnąłem kiedy chłopak wyrwał mnie ze snu.
- Jessi - szepnąłem jej nad uchem
- Hm? - mruknęła.
- Zaraz jadę.
- Mhm...Kup mi coś do jedzenia - mruknęła, mocno wtulając się w poduszkę.
- Jessi...wyjeżdżam
- Co? - nagle się poderwała.
- Już czas się pożegnać. - dalej leżałem na kanapie.
- Boże! Teraz tragiczne rozstanie - zaśmiał się ironicznie Mike
- Wal się! - warknęła brunetka.
- Nie Justin, nie zostawiaj mnie - z jej oczu zaczęły płynąć łzy.
- Nie zostawiam Cię, wrócę - szepnąłem i mocno przytuliłem dziewczynę. Sam nie wierzyłem w swoje słowa.
- Proszę. Na pewno jest inne wyjście - wyszlochała.
- To jest jedyne wyjście - zacząłem gładzić dłonią jej włosy.
- Wy! Zakochani! Trzeba się zbierać. - przed nami stanął Fredo.
- Daj mi chwilę! - syknąłem.
Chłopak odszedł unosząc dłonie w geście obrony.
- Justin...proszę - zaczęła, ale nie dałem jej skończyć. Wiedziałem, co chciała powiedzieć, po prostu ją pocałowałem. Nie chcę się z nią rozstawać, ale...muszę. Zrobiłem kiedyś coś bardzo złego. Wierzchem dłoni starłem jej łzy z policzka.
- Mogę chociaż jechać z wami? - spytała zagryzając wargę.
- Nie! - warknął Mike.
Spojrzałem na niego, był wkurzony, że jeszcze nie ruszyliśmy.
- Możesz - uśmiechnąłem się i cmoknąłem jej usta.
Dziewczyna od razu się rozpogodziła. Szybko poszła po bluzę i zaraz do nas wróciła.
- No i na cholere nam ona jeszcze? - warknął Mike
- Zamknij się! - syknęła Jess.
Wziąłem swoje rzeczy i wyszliśmy na zewnątrz. Było już trochę po trzeciej nad ranem. Zaraz dołączył do nas Mike, bawiący się kluczykami od samochodu, aczkolwiek...nie zawiezie mnie on tylko na stację kolejową. Wsiedliśmy do samochodu na tylne siedzenia, a Mike zajął miejsce kierowcy.
- Chłopaki nie jadą? - spytała Jess siadając obok mnie.
- Nie. - fuknął Mike. Chyba dalej nie może się pogodzić, że jestem z jego siostrą.
- Kocham Cię maleńka - szepnąłem do dziewczyny mocno ją obejmując. Myśl, że mogę jej już więcej nie zobaczyć, mocniej mnie dobijała. Nawet nie zauważyłem jak znaleźliśmy się na miejscu.
- To siema! - rzucił Mike.
- Jessi, muszę iść - szepnąłem.
Jej wargi zadrżały.
- Proszę Cię, wróć do mnie. - Obiecaj mi to
Chwilę się zastanowiłem, po czym spojrzałem najpierw w lusterko, na Mike'a, a później na Jess.
- Obiecuję - szepnąłem.
- Kocham Cię - uśmiechnęła się. To był uśmiech, który tak cholernie uwielbiałem. Dla którego codziennie rano się budziłem. Szkoda, że ta rzadko go widywałem.
- Ja Ciebie też maleńka - pocałowałem namiętnie dziewczynę i wyszedłem z samochodu, a za mną Mike.
- Stary! Co ty odpierdalasz? - warknął, kiedy Jessi nie mogła nas już usłyszeć.
- O co Ci chodzi?
- Po cholere jej obiecasz, że wrócisz?
- Bo wrócę! - syknąłem przez zaciśnięte zęby. - Dla niej!
- Lepiej żebyś się wywiązał.
- Czy tak będzie już zawsze? - spytałem.
- Jak? - spojrzał na mnie zdziwiony.
- Będziemy sobie skakać do gardeł o Jessi? Ja też ją Kocham. - krzyknąłem szeptem, mocno zaciskając dłonie na torbie podręcznej.
- Kochasz ją tak samo jak Caitlin? - zakpił.
- Dobrze wiesz, że nie! Kocham ją, i niech to wreszcie do Ciebie dotrze. Nie tylko ty ją możesz kochać - warknąłem.
- Zaraz Ci pociąg ucieknie - rzucił obojętnie brunet.
- Do zobaczenia - zaśmiałem się i uściskałem chłopaka, klepiąc go mocno w plecy.
- Mam nadzieję, bo inaczej sam Cię tu sprowadzę - parsknął Mike.
Spojrzałem jeszcze raz na auto, i nagle wyskoczyła z niego Jessi, po czym rzuciła mi się w ramiona.
- Jess, wracaj do auta. - powiedział Mike
- Kocham Cię - wydukała brunetka.
- Do zobaczenia - uśmiechnąłem się i ucałowałem czubek głowy dziewczyny.
Spojrzałem na Mike'a, dając mu do zrozumienia, że musi zabrać Jessicę.
- Chodź mała - szepnął brunet i wziął siostrę w ramiona.
- Nie, proszę - wybuchła płaczem.
- On musi już jechać - szepnął i mocno przytulił siostrę.
- Do zobaczenia - powiedziałem beznamiętnie i ruszyłem w stronę pociągu, który za kilka minut ma odjechać. Muszę wrócić, muszę wrócić dla niej. Walczyłem ze sobą, żeby się nie odwrócić więcej, bo pewnie nigdzie bym nie pojechał. W końcu wsiadłem w pociąg. Zająłem miejsce w pustym przedziale, przy oknie. Widziałem jak Mike próbuje pocieszać Jess. Spuściłem głowę w dół, cholernie bolało widząc ją w takim stanie. Nie wiem nawet kiedy znowu ją zobaczę, kiedy znowu ją pocałuję, przytulę, kiedy zobaczę jej uśmiech. Pokręciłem głową, starając się odgonić te myśli, które atakowały we mnie jak karabin maszynowy. Muszę się teraz skupić na sobie, muszę do niej wrócić, a żeby to zrobić, muszę się dobrze ukryć. Na razie wyjadę z Kanady, pojadę do Christiana do Atlanty. Razem załatwimy tę sprawę raz a dobrze. Źle zrobiliśmy zostawiając ją wtedy. Pewnie zastanawiacie się o co chodzi? Dwa lata temu, Nick uprowadził siostrę Christiana. Miała wtedy szesnaście lat. Posunął się za daleko, zgwałcił ją. W odzewie zabiliśmy jego brata i przyjaciela. Jego też powinniśmy byli zabić, ale tego nie zrobiliśmy. I teraz poluje na mnie i Christiana. Nie może się dowiedzieć o Jess! To jest pewne!

*Jessica*

Pojechaliśmy razem do domu.
Bez słowa weszłam do swojego pokoju, kierując się od razu do łazienki. Justin zostawił swoje dresy, w których śpi.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. Wykąpałam się, po czym włożyłam bluzkę szatyna i jego dresy. Położyłam się do łóżka i leżałam w pozycji embrionalnej. Ledwo wróciłam, a już musiałam się z nim rozstawać. Po moich policzkach spłynęły słone łzy, które natychmiast starłam pościelą. Mocno zacisnęłam powieki i próbowałam zasnąć. Jutro też jest dzień na płakanie.
Obudziłam się cała obolała i zmęczona. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Niechętnie zwlokłam się z łóżka, od razu sprawdziłam telefon, ale żadnej wiadomości. Rzuciłam komórką z powrotem na stolik i poszłam do łazienki.
Owinięta w ręcznik wyszłam do pokoju, po czym ubrałam bieliznę, a następnie zaczęłam szukać czegoś w co mogę się ubrać. W końcu wybrałam czarne getry, białą bokserkę i szary sweter, który 'zapięłam' paskiem. Wzięłam telefon i torbę, po czym zeszłam na dół, gdzie wszyscy jeszcze spali. Wzięłam butelkę wody z lodówki i banana. Na zewnątrz czekała na mnie już Cass z resztą dziewczyn.
- Cześć - uśmiechnęłam się blado.
- Och Jess...- uściskała mnie blondynka.
- Zobaczysz, znajdzie się - uśmiechnęła się Ash.
Teraz zdecydowanie łatwiej jest mi udawać, że Justin zaginął.
Weszłyśmy w końcu do szkoły. Co jakiś czas odpowiadałam tylko 'cześć' ludziom, których nie pamiętam.
- Damy radę - pocieszała mnie Shay
Posłałam tylko blady uśmiech przyjaciółce i szłyśmy ramię w ramię pod klasę od matematyki. Nie ma to jak zacząć dzień od matematyki.
W końcu przyszła pora Lunchu. Jeden banan mi nie wystarczył. Wzięłam sałatkę z kurczakiem, frytki, pudding i cole.
- Zjesz to wszystko? - zaśmiał się Ian
- Mhm - uśmiechnęłam się i zabrałam za jedzenie.
- Co robisz po szkole? - spytała Ash.
- Miałam zamiar iść zobaczyć tę agencję modelek - uśmiechnęłam się lekko.
- Ach tak! Pamiętam! Możemy iść z tobą? - pisnęła Cass.
- Jasne
- Coś wiadomo z Justinem? - zagadnął Lucas.
- Lucas! - upomniała chłopaka, blondynka.
- Spoko - uśmiechnęłam się. - Nie, nic nie wiadomo.
- Sorry, nie chciałem - chłopak posłał mi spojrzenie pełne współczucia.
- Nie ma za co - odpowiedziałam i wróciłam do swojej sałatki.
Po szkole tak jak planowałam, udałam się wraz z dziewczynami do agencji modelek. Weszłyśmy przez szklane drzwi ogromnego wieżowca. Na mapie dostrzegłyśmy, że agencja modelek jest na piętnastym piętrze. Weszłyśmy do windy i pojechałyśmy na wskazane piętro, po chwili drzwi się rozsunęły. Wszystkie zaniemówiłyśmy kiedy zobaczyłyśmy tę całą agencję.
- W czym mogę służyć? - zza lady wyłoniła się zgrabna blondynka.
- Um... - podeszłyśmy do kobiety.
- Jesteście umówione? - spytała.
- Dostałam wizytówkę, ale wolałam przyjść sama.
- Och, skarbie. Każdy może odstać wizytówkę - zakpiła. - Najpierw trzeba się umówić.
- O! To ty! - usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się i spojrzałam na mężczyznę, który dał mi tę wizytówkę.
- Dominic jestem - teraz mogłam dokładniej przyjrzeć się mężczyźnie. Brunet, niebieskooki, przed trzydziestką, nienagannie ubrany.
- Jessica - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Nie jest umówiona. - fuknęła blondynka, siedząca za biurkiem.
- Nie musi - warknął mężczyzna do dziewczyny.
- Zapraszam. - gestem dłoni zaprosił mnie do swojego gabinetu, oddzielonego od całego pomieszczenia, szkłem.
Zaraz będę - Poruszyłam ustami w stronę dziewczyn, na co mocno zacisnęły kciuki.

~*~

Spóźniłam się 40 minut :( Sorka, ale nie miałam czasu pisać. W końcu dodaje. Jeśli chcecie być informowane o nowych rozdziałach, zostawcie w komentarzu swojego TT. Do nn :*

DZIEWCZYNY DOPIERO ZACZYNAJĄ, WCHODŹCIE NA rainbow415011
Tagi: rozdział 23
21.01.2013 o godz. 00:38

To ja nauczyłam go jak oddychać, jak żyć - 12 ♥

(...) Nie opierałam się. Nie próbowałam go kopać, bić, gryźć czy jeszcze coś innego. Stałam nieruchomo z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Już wolałabym, żeby mnie zabił niżeli miałabym przechodzić przez to piekło po raz drugi.


Słysząc syreny policyjne, uśmiech zagościł na mojej twarzy. Mina Iana była nad wyraz spokojna.
- Masz im powiedzieć, że to nie ty zadzwoniłaś. Inaczej sama wiesz, co się stanie - uśmiechnął się, kładąc na łóżku, poklepał miejsce obok siebie. Posłusznie położyłam się obok chłopaka. Okrył nas kołdrą, wkładając dłoń pod koszulkę Justina, którą miałam na sobie.
- Nienawidzę cię - szepnęłam mu w usta, odsuwając jak najdalej się dało.
- Udawaj, że śpisz - przyciągnął mnie z powrotem do siebie. Uderzyły mnie jego mocne, aż przesadnie perfum.
Przymknęłam oczy, wsłuchując w odgłosy policjantów, przechadzających się po korytarzu. Wywnioskowałam, że wchodzą do każdego wynajętego pokoju. W końcu i za klamkę od naszych drzwi któryś z nich pociągnął, a te bez oporów otworzyły się. Udając zaskoczenie, podparłam się na łokciach, odgarniając z twarzy włosy.
- Tak? - zapytałam, głos mi drżał przez co nie brzmiałam wiarygodnie.
- Przepraszam za najście, ale otrzymaliśmy dość dziwne zgłoszenie i postanowiliśmy to sprawdzić - w ciemności dało zauważyć się łagodny uśmiech policjanta.
- Nic o tym nie wiemy - wtrącił Ian, kiedy ja przez dłuższy czas nie odpowiadałam.
- Na pewno wszystko w porządku? - zwrócił się do mnie. Nie mogłam się skupić. Przez głowę przechodziły mi tysiące myśli. Zastanawiałam się co odpowiedzieć. Czując jak szatyn zaciska dłoń na moim udzie, odetchnęłam głęboko, przytakując.
- Wszystko jest dobrze - odparłam, wysilając się na uśmiech.
- Skoro tak to ja już pójdę. Proszę zamknąć drzwi na klucz. Nie wiadomo kto się tu może kręcić. Motel będzie obstawiony do rana. Także bez obaw - w drzwiach jeszcze odwrócił się w naszą stronę. Ian w tym czasie objął mnie ramieniem, a ja żeby uwierzytelnić nasz rzekomy związek, położyłam głowę na jego ramieniu. - Spokojnej nocy - szepnął, znikając za drzwiami, zamykając za sobą.
- Spisałaś się - zaśmiał się cicho, muskając moje czoło. Odburknęłam coś pod nosem, kładąc się na łóżko. Adams wyjął z kieszeni telefon. Do kogoś dzwonił.
- Przyjadę jutro z rana, bo policja obstawiła hotel... Taa, zadzwoniła... Jest okej... Jak tam Bieber?...
Słysząc jego nazwisko, wyłączyłam się, serce straciło swój rytm. Miałam wrażenie, że moje głośno bijące serce zaraz obudzi całe miasto.
- Dajcie mi Justina do telefonu! - wrzasnęłam, rzucając się na szatyna, chcąc wyrwać mu telefon z ręki.
- Oszalałaś do cholery? Masz być cicho - odepchnął mnie od siebie z całych sił.
- Błagam, chcę porozmawiać z Justinem. Proszę, Ian. Tylko na chwilę. Zrobię co zechcesz tylko karz mu dać Justina do telefonu - mówiłam na skraju histerii. Niczego w tej chwili nie pragnęłam bardziej od usłyszenia jego lekko zachrypniętego, kojącego głosu.
Nie posłuchał. Nie dał mi z nim porozmawiać. Rozłączył się, odkładając telefon na półkę obok łóżka.
- Jesteś cholernym skurwielem! - krzyczałam, dławiąc się łzami.
- Zamknij się! - zasłonił mi usta ręką. Uspokoiłam się, odsuwając jego rękę z mojej twarzy. - Jeśli ja jestem skurwielem to Bieber też nim jest. Nie mówił ci, prawda? - wysyczał rozwścieczony przez zaciśnięte zęby.
- Nie mów tak o nim. On nie jest takim potworem jakim jesteś ty - odpowiedziałam pewna siebie. Jednak zastanawiałam się nad pytaniem, które zadał. Spytałam o nie, wcześniej przenosząc wzrok na rozbawionego Iana. - O czym miałby mi powiedzieć? - zapytałam, oczekując wymyślonej przez niego historyjki. Nie miałam zamiaru uwierzyć mu w ani jedno słowo. Jednak byłam ciekawa co wymyśli.
- On jest taki sam jak ja. Zanim do nas trafiłaś traktował dziewczyny, tak samo jak ja potraktowałem ciebie, a fakt, że wcześniej cię coś z nim łączyło wzbudził w nim litość? Łagodność? Wyrzuty sumienia? Dlatego nic ci nie zrobił. Oto cały Justin Bieber - wygłosił, przeczesując palcami swoje czarne jak smoła włosy.
- Łżesz! Bezczelnie łżesz! - schowałam twarz w dłoniach. Oczy wypełnione były po brzegi łzami, które zaczęły powoli spływać po zaczerwienionych policzkach.
Z jednej strony wszystko wskazywało na to, że w tym co mówił chłopak jest chociażby cząstka prawdy. Pragnęłam dowiedzieć się kim jest... a raczej był Justin lecz nie wiedziałam czy aby na pewno to zniosę. Z drugiej zaś strony Ianowi niemożna było ufać. Od dawna miał to wszystko zaplanowane.


Całą noc nie przespałam. Ciągle myślałam o troskliwym Justinie i o tym, co mówił Adams. Przecież to niemożliwe, żeby Biebs był kimś takim, jak Ian. Głowa wypełniona była myślami o brązowookim - o tym jak się czuje, czy wszystko z nim w porządku, jak go traktują. Chciałam być już blisko niego, wtulić się w jego ciało, usłyszeć jak zapewnia, iż wszystko będzie dobrze, że to już koniec cierpienia.
- Wstawaj. Właśnie odjechali - szatyn odszedł od okna, zakładając na nagi tors jego czarną koszulkę, którą jeszcze wczoraj zdjął. Leniwie podniosłam się z łóżka, z szafki wyjęłam cieplejsze ciuchy, które Justin przywiózł ze swojego domu. Zdziwiłam się, kiedy owe ubrania były tymi, które przymierzałam przez lato w Londynie. Miałam je tylko namierzyć, żeby Justin miał pewność, że będą dobrze leżeć na jego byłej. Jak on to wtedy powiedział "Jesteście tej samej postury". Okazało się, że Caitlin była tylko przykrywką. Tak naprawdę wymyślił ten podstępek abym tylko przymierzyła te ubrania, aby mógł je kupić, ale dla mnie. Miał mi je dać, wtedy w Londynie, ale wyszło jak wyszło.


***


Szliśmy długim korytarzem, zmierzając do ostatnich drzwi, których nie dało się nie zauważyć. Były największe, najpotężniejsze. Z każdym kolejnym, stawianym krokiem obawiałam się coraz bardziej co mogę za nimi zastać. Bałam się jak nigdy przedtem. Żyłam ostatkami nadziei, na to, że kiedykolwiek będzie lepiej. Chciałam ze sobą skończyć. Czułam, że to już czas na mnie. Ilekroć chciałam prosić Iana o wymierzenie w moje serce kulki, jego czarnego pistoletu, dopadał mnie strach. Nie o samą siebie, lecz o Justina. Nie mogłam go zostawić. Załamałby się. Mówił, że to ja nauczyłam go jak oddychać, jak żyć.


***


- Ian... - mówiłam z zadziornym uśmiechem, podchodząc do niego. Oparłam dłonie na jego klacie, po chwili zaciskając je w pięść, na jego białym podkoszulku, przyciągając szatyna bardziej ku sobie. Dłońmi objął moją szyję, ja za to wspięłam się na palce, wpijając zachłannie w jego pełne usta.
Wszystkiemu przyglądał się Justin, przywiązany do krzesła. Wiedziałam dobrze, co czuje, widząc nas razem. Na pewno wszyscy domyślają się, że blefuję, udaję miłość do Iana... i tak też jest. Mam plan, który kilka dni temu wcieliłam w życie. Mianowicie, starając się ze wszystkich sił o względy szatyna. Miałam dosyć tej chorej historii. Pora było już ją zakończyć, a dzisiaj miałam ku temu okazję. Słyszałam nad ranem rozmowę Adamsa z jakimś facetem, który na co dzień pilnował Biebsa. Dzisiaj miał jechać do Nowego Yorku, miało go nie być, co oznaczało, że miałam zostać sam na sam z Ianem.
Nadal całując się z chłopakiem, włożyłam mu dłonie pod koszulkę, jeżdżąc nimi po jego torsie. Specjalnie ocierałam się o jego ciało, chcąc wzbudzić w nim pożądanie. Uśmiechnęłam się promiennie, kiedy wziął mnie na ręce, niosąc do jego biura. Wiele kosztował mnie ten absurdalny plan, musiałam przezwyciężyć strach, nienawiść, wstręt i obrzydzenie. Oby było warto.


__________


Przepraszam za dłuższą nieobecność. Jakoś nie miałam za wiele ostatnio wolnego czasu, który mogłabym poświęcić na bloga. Wybaczycie? ; > Starałam się, pisząc ten rozdział. Mam nadzieję, że Was zadowolił.


Dziekujędziękujędziękujędziękujędziękujędziękuję za AŻ 20 komentarzy pod ostatnim rozdziałem. Oby i pod tym tyle się znalazło. KOCHAM! ♥

Tagi: *.*
19.01.2013 o godz. 15:07

...

Tagi: ....
19.01.2013 o godz. 13:54
Isabel


Leniwie otworzyłam oczy i przeciągnęłam się. Jak ja nie cierpię wstawać. To okropne. Powoli przyzwyczajając się do światła spojrzałam na zegarek. Elektryczny wyświetlacz wskazywał 7:34. Powolnie wstałam z łóżka i udałam się do łazienki. Tam wykonałam wszystkie czynności i gotowa zeszłam na dół. Dobrze że dziś mam do szkoły na drugą lekcję. W kuchni krzątała się mama. Tata i Agnes pewnie już wyszli.
- O wstała nasza królewna – uśmiechnęła się kobieta. Była średniego wzrostu szatynką o zaokrąglonej talii.
- Dzień dobry – przywitałam się i siadając na krześle nasypałam sobie do miski czekoladowych płatków, po czym zalałam je mlekiem. Zjadłam je i żegnając się wyszłam. Diego - nasz szofer zaoferował, że mnie podwiezie, ale grzecznie podziękowałam i ruszyłam na pieszo. Miałam w tym swój interes. Kiedy zostawiłam swój dom daleko za sobą przyśpieszyłam kroku i w momencie znalazłam się koło domu Jane. Zapukałam w drzwi. Moja przyjaciółka natychmiast je otworzyła.
- Hej! – przywitałam się cmoknięciem w policzek
- No Hej! Już myślałam że dziś nie przyjdziesz – uśmiechnęła się
- No co ty! Wiem, trochę się rano grzebałam, ale przecież nie pójdę tak do ludzi!
- Yhym. A teraz ruchy! Bo nie zdążymy.
Szybko przeszłyśmy do pokoju Jane, gdzie zrobiłam sobie delikatny makijaż i przebrałam się w inne ciuchy, bardziej... na czasie. Pewnie się zastanawiacie dlaczego to robię? Gdybym wyszła tak z domu, tata dostałby zawału, a jakbym się odważyła pomalować odrobinę oczy... nawet nie chcę myśleć. Zresztą jakoś trzeba wyglądać nie?

Justin


Leniwie zgrzebałem się z łóżka. O kurwa! Ale mnie głowa napierdala! Chwilę potrwało, zanim przypomniałem sobie gdzie jestem i co ja tu robię. A tak! Wczoraj trochę zabalowałem... no dobra, ostro zabalowałem. Ale jak ja się znalazłem w swoim pokoju? Ostatnie co z wczoraj pamiętam to jak całowałem się z jakąś blondynką, później poszliśmy na górę... i dalej ciemno. Oj Justin... Justin... musisz skończyć z tymi imprezami. Kogo ja oszukuję? Przecież to nie możliwe. Spojrzałem na zegarek, który miałem na nadgarstku. Wskazywał 12:31. O kurwa! Na 11:00 miała przyjść nauczycielka od polaka. Ojciec mnie zabije! Szybko przebrałem się w jakieś ciuchy i zbiegłem na dół. Niestety nikogo tam nie zastałem. Pewnie znudziło jej się czekać. Pięknie! Jak powiedziała ojcu to znów będzie miał do mnie pretensje. Trudno, jakoś sobie z tym poradzę. Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z domu wsiadając do swojego auta. Z piskiem opon ruszyłem z podjazdu. Chwilę później byłem pod klubem, gdzie wczoraj się bawiłem. Wysiadłem z samochodu i zamykając go ruszyłem do środka. W pomieszczeniu panowała pustka i okropny bałagan. Chodziło tylko kilku gości z mopami i sprzątali ten bajzel. Podszedłem do baru, gdzie stał barman i mył kieliszki.
- Zamknięte – oświadczył ponuro, zanim zdążyłem się odezwać.
- Tak wiem. Szukam Bila – Bil to znajomy barman, może on będzie wiedział co się wczoraj ze mną działo.
- Bil! Jakiś gościu do ciebie! – krzyknął tamten w stronę zaplecza.
Momentalnie w drzwiach pojawił się wysoki, szczupły blondyn.
- O Justin! Już wytrzeźwiałeś? – zaśmiał się
- Ta... powiedz nie wiesz jak się wczoraj znalazłem w domu?
- Nie wiem. Wczoraj nieźle balowałeś. Nad ranem wyszedłeś stąd z jakąś blondi.
- Dzięki stary – uścisnąłem jego dłoń i wróciłem do domu. (...)

Zamykając drzwi wejściowe usłyszałem jakiś hałas w kuchni. Kto to może być? Na pewno nie ojciec, bo on wraca dopiero jutro. Cichutko poszedłem w stronę kuchni. Powoli i ostrożnie zajrzałem do pomieszczenia. To co tam zobaczyłem przebiło moje oczekiwania. Spodziewałem się że to złodziej, albo ojciec wrócił wcześniej, a zobaczyłem zupełnie coś innego. W kuchni krzątała się drobna blondynka, była ubrana w moją koszulkę, która przysłaniała jej pół tyłka. Nie miała na sobie bielizny. Przez chwilę zapatrzyłem się na zgrabne nogi dziewczyny, ale szybko się otrząsnąłem. Kto to wgl jest? Wszedłem do pomieszczenia i odchrząknąłem zakładając ręce na klatce piersiowej. Dziewczyna automatycznie się odwróciła, a na jej twarzy zagościł uśmiech.
- Cześć kochanie. Zjesz coś? – zapytała
Kochanie?! Zjesz coś?! Co to ma do cholery znaczyć?!
- Kim jesteś i co ty tu robisz? – zapytałem beznamiętnie, co było dość ciężko wykonać, bo dziewczyna była naprawdę niezła. Miała dość pokaźny bufet ;) Przygryzłem wargę i przybrałem kamienny wyraz twarzy.
- Już nie pamiętasz wczorajszej nocy? – zrobiła minę zbitego szczeniaczka – Nie pamiętasz, jak mówiłeś że mnie kochasz?
- Kocham? – pachnąłem śmiechem.
- Tak. Już nie pamiętasz? – podeszła do mnie z cwaniackim uśmieszkiem. Ustała na palcach i kładąc dłoń na moim ramieniu przygryzła płatek mojego ucha.
Szybko ją od siebie odepchnąłem. Miałem zasadę. Dziewczyna z imprezy to dziewczyna na jedną noc. Na JEDNĄ! A nie na dwie.
- Wynoś się stąd. – powiedziałem.
- Ale Justin...
- Wynoś się! Nie pomyślałaś co mogłoby się stać, gdyby ktoś cię tu zobaczył?! - wrzasnąłem
- Kochanie... – dziewczyna nie dawała za wygraną i zaczęła się zbliżać.
Ok. Trzeba przyznać, że jest dobra. Normalnie laski po tych słowach uciekają z płaczem, a ona...
- Wynoś się! Już! – wskazałem ręką drzwi
- Palant! – wrzasnęła i skierowała rękę, żeby mnie uderzyć. Szybko złapałem jej dłoń i trzymając ją za nadgarstki doprowadziłem do drzwi. Po czym, nie zbyt grzecznie wywaliłem za drzwi.
- Koszulkę możesz zatrzymać na pamiątkę – zaśmiałem się zwycięsko i zatrzasnąłem drzwi.

Isabel


- Idziemy dziś do klubu. Idziesz z nami? – zapytał Zayn.
- No nie wiem...
- No weź Iss! Będzie fajnie! – przekonywała Jane. Za nią poszła reszta paczki.
- Ja bym poszła, ale jak to niby wytłumaczę ojcu?
Wokół rozległy się głosy niezadowolenia moich przyjaciół.
- Chyba że... – zaczęła Suz – powiesz że robimy sobie we trzy babski wieczorek u nas, no wiesz, taki z nocowaniem. Jutro sobota. Na pewno cię puści.
- No... mogę spróbować, ale nie wiem czy coś z tego wyjdzie.
- Uda się. Na pewno. – powiedział Louis.
Uśmiechnęłam się, choć wcale nie byłam tego taka pewna. Wiem! Poproszę małą, ona na pewno przekona ojca. (...)


Agnes


- Agnes, proszę... ostatni raz – wyła moja siostra.
- Ok. Ale wisisz mi przysługę – powiedziałam stanowczo.
- Dobra. – uśmiechnęła się Iss.
Zostawiłam siostrę i ruszyłam do gabinetu ojca. Zawsze to samo. Dlaczego Iss nie poprosi go sama? Zatrzymałam się i delikatnie zapukałam w drzwi.
- Proszę. – usłyszałam donośny głos taty.
- Mogę? – uchyliłam delikatnie drzwi.
- Oczywiście – uśmiechnął się mężczyzna – dla mojej księżniczki zawsze mam czas – rozłożył ramiona.
Podeszłam do niego i wtuliłam się w jego ciało. Po czym usiadłam na jego kolanach.
- O co chodzi słoneczko? – zapytał.
- Bo widzisz tatku... koleżanki siostry chcą zrobić sobie takie małe spotkanie z nocowaniem i Isabel bardzo chciałaby iść. Tylko nie wie czy ty jej pozwolisz – spojrzałam na niego oczami szczeniaczka. Ten wzrok zawsze działa.
- Jeśli nie będzie chłopców to może iść – uśmiechnął się
- Nie będzie. Dziękuję tatku! – cmoknęłam go w policzek i szczęśliwa wybiegłam z gabinetu.
- No i co? – od razu przy wejściu naskoczyła na mnie Iss.
- Możesz iść. – oświadczyłam z dumą
- Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! – rzuciła się na mnie...

_________________________________________
No i mamy pierwszy rozdział za sobą! Namęczyłam się nad nim. Pierwszy zawsze jest najtrudniejszy ;cc
A jak Wam się podoba?

PS: Obiecuję że to opowiadanie skończy się dobrze xD

Kocham ♥ i do nn ;*
19.01.2013 o godz. 12:48
Obudziło mnie denerwujące pikanie obok mojej głowy. Otworzyłam oczy, lecz natychmiastowo oślepiła mnie biel pomieszczenia, zanim cokolwiek mogłam zobaczyć, musiałam kilka razy mrugnąć. Czułam, że mam coś przyczepionego do palca, lecz byłam za słaba, aby podnieść rękę. Przekręcając głowę na bok zobaczyłam, że jestem podpięta do kroplówki. Chwilę zastanawiałam się co się stało, że znalazłam się w szpitalu, lecz moja pamięć nic mi nie mówiła. Czułam się strasznie, jakby ktoś mnie połamał mi kości, jednak najgorszy był ból głowy. Ktoś wszedł do sali, jednak nie widziałam kto to.
- Księżniczka raczyła się obudzić- powiedział brązowowłosy chłopak, nie bardzo rozumiałam sensu jego wypowiedzi, nie rozumiałam co tu się dzieje.
- Co ja tu robię i kim jesteś ?- chłopak zmarszczył brwi, a ja patrzyłam na niego niecierpliwiąc się bo długo się zastanawiał zanim odpowiedział.
- Jestem Michael, twój opiekun, twoi rodzice wyjechali i zostawili cię pod moją opieką- czułam się niekomfortowo , nie wiedziałam co powiedzieć, jak się zachować. Było mi przykro, że nie było ich przy mnie w szpitalu i zostawili mnie pod opieką jakiegoś obcego chłopaka.
- Jak to wyjechali ? Na jak długo ?
- Przykro mi, ale chyba wyjechali na zawsze- zdziwiłam się, przecież moi rodzice nie są tacy, jednak chłopak cały czas miał poważna minę. Z każdą chwilą nasiąkałam gorzkim żalem i poczuciem winy, że wyjechali przez mnie. Bałam się myśleć o tym co teraz mnie czeka bez nich. Kochałam ich, jak oni mogli mnie zostawić.
- Wyjdź ! Chcę zostać sama !!- chłopak jednak nie słuchał mnie tylko dalej siedział na swoim miejscu- Nie rozumiesz, ty cholerny idioto, zostaw mnie samą ! Chce być sama, Wyjdź !- rozpłakałam się na dobre, nie rozumiałam już niczego w swoim życiu, najpierw Justin mnie zostawia teraz rodzice. Moje życie było popieprzone od samego początku, lecz teraz całe się sypie. Boże, Boże czemu nie mogłeś mi załatwić innego życia, ? Lepszego życia, gdzie bym miała rodziców którzy by mnie kochali i chłopaka. Nawet nie wiem, ile spałam w tej durnej śpiączce, kiedy wyjechali, czemu się nie pożegnali, mogli chociaż zostawić kartkę. Dręczyły mną wyrzuty sumienia, lecz to oni są winni, zostawili mnie na pastwę losu.
Po pewnym czasie do sali, wszedł lekarz i zbadał mnie, powiedział, że wszystko już ze mną w porządku, lecz kiedy dopytywałam jak tu się znalazłam nie chciał odpowiadać na pytania. W sumie to zachowywał się dziwnie. Kiedy lekarz wyszedł, wszedł chłopak o imieniu Michael.
- Pakuj się mała, jedziesz ze mną do mojego domu. – nie bardzo wiedziałam co się dzieje, myślałam, że pacjentów po przebudzeniu zostawia się na obserwacje, a nie od razu wypisuje.
- Mam tu znajomości- dopiero teraz zauważyłam, że chłopak mi się przygląda. Próbowałam wstać z łóżka, lecz mi to nie wychodziło, byłam zbyt słaba.
- Pomogę ci- chłopak wziął mnie na ręce i zaniósł do łazienki. Tam się trochę ogarnęłam, Michael dostarczył mi świeży zestaw ciuchów i wyszłam ze szpitala oparta na ramieniu Michaela, prawie zwijając się z bólu, ale nie chciałam, aby mnie niósł przez cały szpital.
-Poznaj to jest Chris mój kolega, mam nadzieję, że się dogadacie.- uśmiechnęłam się wysokiego napakowanego chłopaka i powoli z pomocą Michaela wsiadałam do auta. Kiedy jechaliśmy czułam strasznie zawroty głowy i mdłości. Ból głowy znów dawał o sobie znać, czułam się okropnie.
- Hej… dziewczyno wszystko z tobą w porządku ? Wyglądasz jak duch- odezwał się Chris.
- Nie….. nie bardzo- odpowiedziałam szeptem, moje ciało przechodziły dreszcze, a plecy oblał zimny pot. Czułam jakbym miała gorączkę .
- Za szybko zabrałeś ją z tego szpitala ! Nie jest tobą ! C o ty myślałeś, że za kilka dni się wykuruje z spotkania z Zackem. – nie bardzo rozumiałam ich słowa, skupiałam się na tym zbyt nie zwymiotować, zawroty stawały się nie do zniesienia.
- Przestań wygląda, całkiem dobrze… o matko ! Zatrzymaj się ! zatrzymaj !- auto zatrzymało się na pisaka, a Michael wyskoczył z auta i po chwili wyciągał mnie na zewnątrz- Przewietrz się, może ci coś to pomorze, może chcesz się napić ?- zachłannie wdychałam powietrze, zawroty powoli ustępowały, jednak głowa bolała mnie niemiłosiernie.
- Nie, dziękuję… wszystko w porządku- czułam jakby moja głowa nie była na swoim miejscu, tylko jakby gdzieś szybowała ponad mną.
- Dobrze choć, musimy ruszać dalej- z powrotem wsiedliśmy do auta, tym razem Michael usiadł z tyłu ze mną. Oparłam się o ramię chłopaka i usnęłam
Obudziłam się w jakimś nieznanym mi pokoju, dopiero po chwili przypomniałam sobie, że musi to być dom Michaela. Podniosłam się do pozycji siedzącej i rozglądnełam po pomieszczeniu, był to przestronny przytulny pokój z balkonem. Wygramoliłam się z miękkiego dwuosobowego łóżka i podeszłam do okna. Rozsunęłam rolety i zobaczyłam piękny widok, dokładnie to zachodzące słońce nad jakimś jeziorem. Patrzyłam na ten obraz jak zahipnotyzowana, gdy nagle usłyszałam głośną muzykę. Podążając za dźwiękiem, zeszłam po schodach na dół i przeszłam, przez kilka innych pomieszczeń aż dotarłam do ohydnego obrazu, a mianowicie Chrisa, Michaela i kilku innych chłopaków siedzących, a przed nimi tańczyły striptizerki w bardzo skromnych strojach.
Pierwszy zobaczył mnie Chris
- O nasze słoneczko się obudziło, jak tam samo poczucie ??- nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć, czułam się strasznie skrępowana.
- Już dużo lepiej, ale widzę, że przyszłam nie w porę- powiedziałam i zaczęłam się cofać, lecz w coś zahaczyłam nogą i usłyszałam tylko trzask szkła, kiedy się odwróciłam zauważałam, ze stukałam jakąś wazę.
- Przepraszam nie chciałam, przepraszam !
- Widzisz co zrobiłaś głupia suko, zbiłaś wazę, o którą Michael tak cenił!
- Przerwałaś nam pracę suko.
- To ta dziwka o której wam mówiłam- zaczęłam zbierać szkło, moje oczy napełniły się łzami od słuchanych epitetów lecących w moją stronę z ust tych dziewczyn, po chwili podszedł do mnie Michael i oderwał się mnie od czynności którą wykonywałam.
- Zostaw ja to posprzątam, stukałam to posprzątam- chciałam wyrwać mu swoją rękę, lecz na próżno.
- Evo, spójrz mi w oczy- nie mogłam spojrzeć mu w oczy, nie chciałam pokazywać swojej słabości- spójrz mi w oczy !
- To jest przykład nie po radnej głupiej dziewczynki
- Zamknij się Lena, nic cię do kurwy nędzy nie pytał o zdanie- Michael się odwrócił, a mnie nagle dopadł silny ból głowy, zgięłam się w pół, ból przeszywał całe moje ciało, aż trudno było mi oddychać.
- Eva co ci jest ?- zalał mnie zimny pot, lecz ból powoli ustępował, jednak wciąż moje ciało było sparaliżowane, nie mogłam się wyprostować. – Masz napij się wody, to powinno pomóc, a i jeszcze tabletki przeciw bólowe- Michael podał mi butelkę wody i jakieś białe tabletki, szybko je połknęłam i popiłam wodą.
- Ja wrócę do siebie-kiedy odwracałam się napotkałam na nienawistne spojrzenie, jednej z dziewczyn, to chyba ona miała na imię Lena, nie ma pojęcia, ale kojarzę to imię.

<><><><><><><><><><><><><>
Wiem, wiem rozdział krótki i nudny.
Mam kilka rozdziałów w przód, a to jest wstęp do pewnej akcji, tak więc proszę nie narzekać :P
Teraz przez pewien czas Justin się nie pojawi, wybaczycie ??
A jeśli miałybyście jakiekolwiek pytania to link to mojego ask.fm ;)

Tagi: Rozdział 23
19.01.2013 o godz. 00:47
Isabel (Iss) Carter (17l.)






Dziewczyna o dwóch obliczach. Dla rodziców jest idealną córką, natomiast wśród znajomych potrafi pokazać rogi. Jest jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Pochodzi z bogatej, ale dość zaborczej rodziny. Uwielbia rządzić, choć w domu się nie wychyla. Szanuje swoich rodziców, choć może trochę dlatego, że boi się ojca. Nie to żeby ją bił czy krzyczał, po prostu. Bywa uparta i nie ufa nowym ludziom. Nie znosi, gdy ktoś ma raje, a ona nie.
Nienawidzi Tess, choć kiedyś były przyjaciółkami. Jej pasją jest taniec.
Przyjaźni się z Suz, Jane i 1D


Justin Bieber (18l.)






Rozpuszczony, bogaty chłopak. Mieszka z ojcem, jego matka nie żyje. Uwielbia imprezować i rozkochiwać w sobie dziewczyny. Jest chamski, uparty i uwielbia żartować sobie z innych. Ojciec wystawia go na pewną próbę. Czy da radę?


Suzanne Barnes (17l.)




Najlepsza przyjaciółka Iss. Przyjaźnią się od dziecka. Uwielbiają przebywać w swoim towarzystwie. Publicznie jest raczej nieśmiała, ale kiedy ktoś ją wkurzy potrafi dokopać.


Jane Williams (17l.)




Przyjaciółka Iss i Suz. Miła, miła, uwielbia spędzać czas z przyjaciółmi. Jej chłopakiem jest Louis.


Tess Walker (17l.)




Diwa szkolna. Uczestniczy we wszystkich imprezach i chodziła już z większością chłopaków w liceum. Jej celem jest być najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Niestety uniemożliwia jej to Iss, która jest na pierwszym miejscu. Nienawidzi Iss i jej paczki, z wzajemnością.


One Direction

Liam Payne (17l.)
Harry Styles (18l.)
Louis Tomlinson (18.)
Zayn Malik (18l.)
Niall Horan (17l.)




Przyjaźnią się od lat i uwielbiają spędzać ze sobą czas. Mają mały zespół, ale jak na razie mało sławny. Uwielbiają dowcipy i prowadzą raczej szalony tryb życia. Przyjaźnią się z Iss, Jane i Suz.

Pozostali:


Raul Carter (47l.) – ojciec Iss. Jest dość zaborczy. Pochodzi z Indii, wychował się w LA, a mimo to nadal wyznaje resztki zaborczej kultury hinduskiej.

Rachel Carter (43l.) – matka Iss. Miła, koleżeńska. Pochodzi z LA, nie pochwala kultury męża, ale również się nie sprzeciwia. Pragnie szczęścia swoich córek. Zdanie męża jest dla niej święte.

Agnes Carter (12l.) – młodsza siostra Iss. Jest najukochańszą córeczką tatusia. Umie go poprosić o wszystko i zawsze to dostaje.

Rupert Bieber (46l.) – ojciec Justina. Ma raczej luzackie podejście do życia. Bardzo kocha swojego syna i pozwala mu na wszystko. Ale w końcu zauważy swoje błędy wychowawcze i postanowi coś z tym zrobić...
_______________________________________
No i mamy bohaterów. Mówcie co myślicie?
Pierwszy rozdział powinien się pojawić jeszcze w tym tygodniu.
PS: Dzięki za komentarze, pomimo tego że większość z was chce mnie udusić to nadal Was uwielbiam ;D

Do nn ;*
Tagi: bohaterowie
18.01.2013 o godz. 18:41
Justin przez tydzień nic nie mógł wymyślić na Angele wszystkiego już próbował a ona i tak odpłacała mu tym samym tyle że gorzej. Angela tego dnia nie miała szczęścia od rana nie dosyć że zaspała to miała tylko pięć minut na ubranie się i zjedzenia śniadania i spakowania lekcji . Ubrała się byle jak żeby było wzięła deskę i ,zjechała ze schodów co było złym pomysłem bo się wywaliła ale nic jej się nie stało szybko złapała jakieś jabłko i wybiegła z domu jak torpeda w połowie drogi musiała się wrócić torby zapomniała . Kiedy przybiegła do klasy było już 20 minut po dzwonku dobrze że ma dobrą kondycję
-Panna Angela spóźniona i uwaga za spóźnienie
-A wie pani gdzie ja mam pani uwagę tam gdzie słońce nie dociera
-Do..- nie dokończyła
-Do Dyrektora tak znam drogę dziękuję za wskazówki - powiedziała dziewczyna ze sarkazmem i wyszła z klasy , nie lubiła tej baby i to z wzajemnością więc były kwita . Poszła do dyrka zapukała weszła usiadła i zaczęła się gadanina
-Co tam Angela zrobiłaś ? - spytał się dyrektor
-Powiedziałam to co myślałam :D - uśmiechnęła się
-Czyli jak zazwyczaj no i co ja mam z tobą zrobić drogie dziecko zawiesić cię nie mogę bo angażujesz się w życie szkoły i jesteś sportowcem i oceny masz bardzo dobre
-To ja mam pomysł niech mi pan nic nie zrobi - powiedziała
-No dobrze odpuszczę ci tym razem wracaj na lekcje - powiedział
-Ok. - Wstała i wyszła z gabinetu i skierowała się do klasy weszła nie pukając
-A ty co tu robisz miałaś być u dyrektora ?! - wydarła się dyrektorka
-Wie pani co pani nic mi nie może zrobić jedynie to pocałować tam gdzie słońce nie dociera- uśmiechnęła się i poszła do ławki. Po lekcji wyszła na korytarz ale zobaczyła że przy jej szafce Ten Debil Bieber coś majstruje postanowiła się zakraść
-No panie Bieber jak miło że pana przyłapałam- odezwała się stojąc za nim - Albo odejdziesz stąd w tej chwili albo dostaniesz tak że własna matka cię nie pozna ! - powiedziała z groźną miną a on , odwrócił się do niej
-Ty mi nic nie możesz zrobić nawet mnie nie pokonasz - odezwał się
-A chcesz się przekonać że cię pokonam we wszystkim - syknęła i wykręciła mu rękę - miałeś czas na odejście od mojej szafki a tak twoja rączka trochę pocierpi
-Jesteś Pojebana - powiedział Justin
-Jestem Pojebana lala- zaczęła śpiewać , chłopak mimo wszystko że miał rękę wykręconą wsłuchał się jej niby to piosenkę i uświadomił sobie że ona na serio ma super głos chociaż śpiewała o sobie że jest pojebana ale to przez niego to robiła . Stwierdzenie jest takie że jego zemsta znowu się nie powiodła i ona jeszcze sobie nic nie robi z tego że ktoś nazwał ją pojebaną
-
ubranie1.jpeg
18.01.2013 o godz. 15:36
Moja słodka córeczka siedziała na moich kolanach i płakała.Nie mogłam jej uspokoić więc zaparzydłam jej herbatke na uspokojenie dla dzieci i mocno trzymała w swoich ramionach.Zastanawiałam się gdzie Justin może być i czy nic mu nie jest,dzieczynka jedynie szepneła Tatuś i nie powiedziałą nic więcej.
-Kochanie co się stało ??-zapytałam i lekko wypuściłam ja z ramion - Gdzie jest tatuś ?
-...-milczała,cisze jedynie przeszywał jej szloch i mój nierówny oddech.
-A niołku powiedz coś
-... tatuś on...-malutka wadłą w jeszcze większy płacz.
-Jaz uspokój się i powiedz mi wszytsko-powiedziałam i pocałowałąm ją w czółko.
Mała zaczeła mi wszytsko opowiadać ,łzy zaczeły spływać mi po policzkach...
-(...) i wtidy ucekłam-wyjśniła
-Zaprowadz mnie tam-odrzekłąm a małą złapała mnie za raczke i poszłysmy w strone parku.
(...)
-Przepraszam co się tu stało?zapytałam męszczyzny który był 1 z niewilu którzy stali obok zakrwawionego chodnika.
-Niecałe 5 minut temu odjechała karetka z chłopakiem,pobili go i uciekli-wyznał- co się dzieje z tym światem
-A nie wie pan przypadkiem kim on był lub gdzie go zaprali-dopytywałąm
-Kim jest nie wiem a zabrali go do szpitala na Grady Memorial Hospital (nazwa prawdziwa).
-Dziękuje panu-powiedziałam i razem z córeczką ruszyłysmy na postój taksówek.
-Proszę do szpitala Grady Memorial Hospital- rozkazałąm i już o chwili jechaliśmy w wyznaczone miejsce.Gdy podróż się zakończyła,zapąciłąm należna sume i ruszyłyśmy do srodka.
-Przepraszam gdzie leży osoba przewieziona z parku?
-A kim pani jest ??
-Dziewczyna potem narzeczoną i jeszcze potem żoną a to k*** jego córka!-powoli zaczełam się denerwować.
-Spokojnie piętro 3 sala 130.
-Dziękuje
Poszłyśmy w wyznaczony cel akurat traf chciał że trofiłąm na lekarza wychodzącego z jego sali.
-Przepraszam co z nim ??-No więc ma złamane 2 żebra,cały jest poobijany i ma rozcięty kawełek głowy z tyłu-oznajmił lekarz\
-To dobrze-czaczełam ale zostało mi to [rzerwane.
-Jest też zła wiadomość....
-Czyli???-zapytałam trzymając dzieczynke mocnej za dłoń.
-Chłopak jest nieprzytomny i możliwe ,że wpadł w śpiączke.
-Ale...jak ? ile to będzie trwac??-pytałąm zszokowanaze łzami w oczach.
Nie wiadomomoże trwać od 2 do 14 dni ale tagże kilka miesięcy-odparł siwy facet.
-Dziekuje a można do niego wejśc ?
-Tak proszę-odpowiedział i odszedł notując cos w papierach.
Po woli przekroczyłam próg sali zmała na ramionach.Ta notomiast szybko zeszłaz moich rąk i pobiegła do chłopaka (1 zdjecie) Powolnym ruchem podeszłam go łózka.Pogłaakałm go po policzku i pocałowałam delikatnie jego usta ,które nie były już takie malinowe można powiedzieć,że wyblakły a jego czekoladowe oczy,schowane pod powiekami.Spojrzałam na malutką kóra trzymał dłoń Justina,przynajmniej próbowała ją złapać całą w swoje malutkie rączkido tego je spojrzenie cały czas skierowane było na jego twarz jakby miała taka samą nadzije że zaraz otworzy swoje oczy.
Czy Bóh robi sobie z nas żarty,tyle przeszliśmy,ale czy keidyś będziemy szczęsliwi...a może coś nas jeszcze spotka....

Od Aut : I Co podoba się bo według mnie do dupy ale pisze :D Ciesze sie że ktoś to wogóle czyta :D Pytajcie mnie o co chcecie :D <3 Skoro tacy chętni jesteście to może tak

10Komentarzy=37 Rozdział

# Osia
Tagi: 36.
18.01.2013 o godz. 15:25

http://ask.fm/justinhope - jest moc znalazłam hasło :D
Rozdział będzie jutro a tym czasem PYTAJCIE
Tagi: haslo
17.01.2013 o godz. 20:51
I-Miss-You-Justin
California king bed ♂+♀=❤
O mnie: Pokaż mi którędy mam iść, by więcej Cię nie ranić. Jak nie ulec zatraceniu, w tak trudniej egzystencji. Rozświetl mi drogę, przynieś nadzieję, kiedy ja Ci jej przynieść nie mogę
statystyki
sekcja użytkownika